Każdy chciałby większość tortu, czyli która strona jest zbyt zachłanna?

Bartek Raciborski
(3 maj 2007, 02:29)

W komentarzach do postu Czy pracowałbyś chętnie dla idei? pojawił się wątek na tyle ciekawy, że chętnie poruszę go w osobnym poście. Theinsider pisze:

Czemu w pl z VC tak ciężko idzie? Bo wszyscy mają mylne pojęcie o VC. Większość chce zachować ponad 50%, myślą że dostaną miliony za darmo.

(…)

Co do udziałow, weźmy MCI:

Computer Communication Systems SA
Udział MCI – 78.72%

S4E SA
Udział MCI – 88.94%

Iplay.pl Sp. z o.o.
Udział MCI – 76,52%

Technopolis Sp. z o.o.
Udział MCI – 96,00%

Comtica Sp z o.o.
Udział MCI – 74,63%

Hoopla.pl Sp. z o.o.
Udział MCI – 78,20%

Gdzie tu te 15% dla pracowników i 30% dla założycieli?

I teraz pytanie, czy to przedsiębiorcy chcą za dużo tortu dla siebie, czy to może polskie VC chcą go za dużo? Przytoczone inwestycje MCI bardzo dużo pokazują, ja podam kontrprzykład z drugiej strony wielkiej wody: geni.com, które miesiąc temu zakończyło drugą rundę finansowania.

Runda A: $1,5M od Founders Fund przy $10M post-money valuation.
Runda B: $10M od Charles River Ventures przy $100M post-money valuation.

W efekcie CRW ma 10%, a FF 13,5% firmy. Pozostaje: 76,5%. Proporcje jakby zupełnie inne niż w przypadku wymienionych firm finansowanych przez MCI.

Struktura udziałów Skype – mini case study.
Ale Geni to wciąż otwarta historia. Przyjrzyjmy się historii już zakończonej, czyli znanemu wszystkim Skype.

Początki
Skype powstało w 2002 roku i miało dwóch założycieli: Nikalasa Zennstroma i Jamesa Friisa. W chwili powstania założyciele+zespół posiadali 100% firmy (założyciele po około 40%, około 20% zespół).

Runda A: Finansowanie aniołów biznesu
W tym samym roku miała miejsce pierwsza runda finansowania. Draper Investments wyłożyło $1M oraz czterech aniołów biznesu każdy po $250k (w tym Tom Draper, inwestujący w Skype dodatkowo prywatnie). Łącznie w zamian za $2M inwestorzy tej rundy objęli 38% w firmie, pozostawiając 62% założycielom i zespołowi.

Runda B: Finansowanie VC
W 2004 roku miała miejsce kolejna runda finansowania. Cztery fundusze venture capital (Draper Fisher Jurvetson, Bessemer Venture Partners, Index Ventures, Mangrove Capital Partners) wyłożyły po $4,5M każda, inwestując łącznie $18M i obejmując 28% firmy. Udziały inwestorów pierwszej rundy zmniejszyły się do 27%, a założycieli+zespołu do 45%.

Wyjście: przejęcie przez eBay
W 2006 roku Skype został kupiony przez eBay za $2,6B (2,6 miliarda dolarów). W momencie sprzedaży struktura udziałów w firmie wyglądała następująco:

  • Założyciele + zespół: 45%
  • Inwestorzy rundy pierwszej (czterech aniołów biznesu i jedno VC): 27% (zwrot z inwestycji 350x)
  • Inwestorzy rundy drugiej (cztery VC): 28% (zwrot z inwestycji 40x)

Wnioski
Mimo uczestniczenia w finansowaniu firmy dziewięciu różnych inwestorów w trakcie dwóch rund inwestowania, pula jaką zachowali założyciele i zespół wynosiła 45% firmy, w tym każdy z dwóch założycieli po około 18% i zespół około 9%.

Pytania
Przyznaję, że moje praktyczne doświadczenie z finansowaniem VC jest niemalże zerowe, ale studiując tego typu ogólnodostępne w internecie informacje odnoszę wrażenie, że polskie VC są zbyt zachłanne. Osobnym tematem może być fakt, że być może istotnie nie mamy w Polsce zbyt wielu rewolucyjnych projektów, w które warto by inwestować i z których oczekiwany zwrot jest naprawdę duży, ale czy gdyby takowy projekt się pojawił, czy nasze VC nie zabiłyby go oczekując 80% udziałów? Dlaczego dzieje się tak, że w amerykańskich przedsięwzięciach VC zadowalają się 10-30% udziałów podczas gdy przeglądając portfolio polskich funduszy widzi się znacznie większe wartości?

I jeszcze pytanie z punktu widzenia przedsiębiorcy. Czy opłaca Ci się zakładać firmę, w której ostatecznie – tak jak piszą Marcin i theinsider w komentarzach do wspomnianego na początku postu – zachowasz 2% udziałów? Czy tych 2% warte będzie poświęcenia powiedzmy pięciu lat Twojego życia? Pracując najemnie zarobiłbyś przez tych pięć lat 500 tys. zł (jedni więcej, inni mniej, przeciętnie powiedzmy tych 8000 zł miesięcznie). Żeby Twoje 2% było warte choćby tyle samo, firma którą stworzysz musi być warta 25 milionów. Jeśli będzie tyle warta, to po pierwsze wciąż jesteś daleki od realizacji zysków, a po drugie wciąż Ci się to nie opłaca. Ryzyko, że nie uda Ci się zbudować firmy wartej 25 mln zł jest spore. Ryzyko, że nie zarobisz wspomnianej kwoty pracując najemnie jest praktycznie żadne. Żeby opłacało się podjąć ryzyko prowadzenia własnej firmy, potencjalne zyski muszą być wielokrotnie wyższe od alternatywy jaką jest praca najemna – inaczej nie ma sensu ryzykować. Dochodzimy więc do powiedzmy całkiem sporych 250 mln zł wartości, jaką musi osiągnąć Twoja firma, żeby Twoich pięć lat trudów i wyrzeczeń było warte podjętego ryzyka przy założeniu zachowania 2% udziałów w przedsięwzięciu. Bo praca przedsiębiorcy to nie czterdzieści godzin w tygodniu minus wszystkie święta i pięć tygodni wakacji w roku, ale raczej kilkanaście godzin ciężkiej pracy razy trzysta sześćdziesiąt dni w roku oraz długa lista wyrzeczeń i zaniedbań dotyczących życia prywatnego. Nagroda za sukces przy tak dużym wysiłku i wysokim ryzyku porażki musi być odpowiednio większa od niemalże gwarantowanych przychodów za nieporównywalnie mniejszy wysiłek, jaki zwykle wkłada się w pracę najemną. 2% udziałów we własnym przedsięwzięciu to moim zdaniem poziom niewarty takiego wysiłku i ryzyka, bo stworzyć ćwierćmiliardową firmę jest cholernie ciężko.
Jeśli zarabiasz 2000 zł, podziel wszystkie powyższe wartości przez cztery, jeśli zarabiasz 30000 zł, pomnóż przez cztery. Niezależnie od tego na jakich wartościach będziesz operować, zastanów się jakie masz szanse stworzyć firmę tak dużą, żeby 2% udziałów zrekompensowało Ci wysiłek i ryzyko.

Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Jakie są Wasze praktyki z inwestorami? Czy faktycznie polskie VC chcą więcej tortu niż ich amerykańskie odpowiedniki? Czy zbytnia zachłanność VC nie skazuje obu stron na niepowodzenie spowodowane zaniechaniem?

Jak zwykle liczę na Wasze opinie.

8 skomentuj
zasubskrybuj RSS bloga

Przeczytaj także:

Komentarze (8):

RSS komentarzy, Trackback
  • MyAvatars 0.2
    Markos  

    Może odpowiedź jest banalna?

    a) słabe pomysły, których nie da się zamienić na biznes
    b) takie są zasady i nie ma sensu nic zmieniać
    c) słaba jakoś przedsiębiorców
    d) …….

  • MyAvatars 0.2
    Marcin Jagodzinski  

    Ja właśnie jestem w trakcie pozyskiwania finansowania, więc nie bardzo mogę coś mówić :)

    Natomiast ta zachłanność jest faktem i ma bardzo wiele negatywnych skutków. Na przykład taki, że VC, który ma 80% udziałów powinien odpowiadać za rozwój firmy, nakreślać jej strategię itd. Tymczasem VC nie są specjalistami od strategii i pomysłów na biznes w danej, specyficznej branży. Znają się na tym, żeby pomnażać swoją kasę. To trochę tak jak z bankami: ja się cieszę, że mam jakieś 0.00001% funduszu inwestycyjnego w banku i nie jestem odpowiedzialny za to, gdzie on inwestuje, bo się na tym nie znam. Stąd — tak mi się wydaje — amerykańskie VC wolą mieć znaczący udział finansowy niż większość udziałów, bo ich biznes to inwestowanie a nie zarządzanie firmami. Gdyby VC miał pomysły i umiał rozruszać firmę, to po co jakiś “founder”? Oczywiście przejaskrawiam.

    Dodatkową przyczyną jest też to, o czym pisał the insider: czyli mała dojrzałość przedsiębiorców, wynikająca także z tego, jak trudno prowadzi się w tym kraju biznes. Ja dopiero teraz (a młody nie jestem jak na standardy netowe), czuję się w miarę na siłach poprowadzić spółkę.

    Znam trochę danych na temat rozmaitych przejęć (że trochę odejdę od tematu) i uwierzcie mi, to nie są pieniądze, dla których ja osobiście bym zakładał te przejęte serwisy (znając ryzyko, że do przejęcia nie dojdzie). Owszem, kasa wydaje się duża. Weźmy np. 500 tyś dla kogoś, kto prowadził stronę powiedzmy 5 lat, ledwo wiążąc koniec z końcem (bo tak to na ogół wygląda, jeśli serwis nie dostał finansowania z zewnątrz). To jest “pensja” 8300 miesięcznie. Tylko że w przypadku takiej wypłaty, fiskus konfiskuje jakieś 35% (bo nie jest to rozłożone na lata, tylko wszystko wpada w 1 rok) — szacuję tu, nie liczę dokładnie. Czyli mamy pensję 5400 na rękę.

    Reasumując: jeśli z zaciśniętymi zębami będziesz harował, szukając dorywczych zajęć, żeby przeżyć (lub po godzinach) i będziesz miał dużego farta, wyjdzie tak, jakbyś dobrze zarabiał przez te 5 lat. Nic więcej.

    Taki wynik można osiągnąć dużo łatwiej i bez ryzyka: po prostu się zatrudniając za tyle.

  • MyAvatars 0.2
    theinsider  

    Jeśli chodzi o internet w Polsce to można brać pod uwagę następujące fundusze (wg. kolejności od najlepszego moim zdaniem):

    Business Angel Seedfund
    + swietny zespół i rada nadzorcza,
    + Grabski (dobre kontakty w branży, duży plus),
    - brak jeszcze inwestycji, którymi by coś pokazali.

    Otago Capital
    + Witkowicz (jego myślenie i planowanie jest bardzo dobre),
    + doswiadczenie w zakładaniu, prowadzeniu i – co najważniejsze – sprzedaniu firmy różnymi sposobami (wykup przez inwestora, debiut na NASDAQ),
    - obawa jak może z nim przebiegać współpraca (ludzie w jego wieku czesto myślą już troche inaczej niż my, rozmawiając trzeba sprawdzić jaki jest jego punkt widzenia) [oceniam ryzyko, nie krytykuje bo go nie znam],
    - tylko jedna inwestycja i nie tycząca się internetu (organizacja konferencji dla biznesu).

    BMP AG
    + dużo inwestycji w sektorze internetu,
    + wydaje mi się, że łatwiej się z nimi dogadać na większy udział, niż z MCI,
    - korporacja, duży fundusz.

    MCI
    + inwestycje w sektorze internetu,
    - twarde udziały.

    Skoro poruszyłeś temat Skype, to trzeba tu rozwinąć jeszcze jedną kwestię, której u nas po prostu nie ma. Jedno słowo: alumni. Brać studencka. Co w Polsce kogoś obchodzi, że skonczyłeś PW. W Stanach studia są elitarne, kosztują krocie, nie finansuje ich państwo. Studenci się ze sobą potrafią mocno zżyć. U nas niestety (lub stety) na studia idzie każdy kto chce. Kwestia tego, że u nas alumni nigdy nie będzie takie silne. Będą pojedyńcze powiązania, ale gdy spotkasz kogoś w przyszłości – dowiesz się, że skończył tą samą uczelnię co ty i… co z tego? Nic. Tam jest inaczej.

    Jeśli chodzi o Skype, Zennstrom studiował na m.in. na University of Michigan. Zagranicą to pomaga, zwłaszcza w kontaktach z amerykańskimi VC.

  • MyAvatars 0.2
    Marcin  

    Marcin Jagodzinski napisal: “Natomiast ta zachłanność jest faktem i ma bardzo wiele negatywnych skutków. Na przykład taki, że VC, który ma 80% udziałów powinien odpowiadać za rozwój firmy, nakreślać jej strategię itd. Tymczasem VC nie są specjalistami od strategii i pomysłów na biznes w danej, specyficznej branży. Znają się na tym, żeby pomnażać swoją kasę. ”

    To nie jest do konca tak. Polskie VC, bo z tymi mialem glownie do czynienia, sa specjalistami od stategii i maja doskonale rozeznanie w branzy. VC nie inwestuje w branze, na ktorej sie nie zna. Trafiaja sie aniolowie biznesu, ktorzy sie zapalaja do pomyslow i o nich tak by mozna powiedziec, ale chlopcy z VC naprawde wiedza co robia.

    Co do pomocy to to co oceniaja, to kadra zarzadzajaca biznesem, sam biznes na drugim miejscu. I w zaleznosci od wynikow badania oferuja wieksza lub mniejsza pomoc w zarzadzaniu firma i trzymaja scisly nadzor (co z reszta jest zapisywane w umowie). W rzeczywistosci VC bardzo dokladnie pilnuje co robisz (pelen wglad w papiery, regularny przeglad postepow i strategii), ale tez podpowiada, albo wymusza niektore decyzje. Chlopcy z VC maja naprawde dobre rozeznanie rynku, wiedza co sie sprzedaje, wiedza jak to sprzedali inni i dziela sie ta wiedza, bo na tym zarabiaja. Oczywiscie nie beda prowadzic za reke jak dziecka, ale na ich pomoc i kontakty (to wazne!) mozna liczyc.

    Tez troche OT: Jak chcesz rozmawiac z VC, to musisz wiedziec, ze oni bardzo mocno oceniaja ludzi, szczegolnie pod kontem czy rozumieja proste zasady prowadzenia firmy:
    - biznes to jest zarabianie pieniedzy, a nie robienie fajnych serwisow. Musisz umiec wykazac na papierze, ze wiesz jak zarobic na tym co chcesz zrobic.
    - zarzadzac trzeba umiec
    - musisz rozumiec otoczenie, w ktorym robisz biznes; znac silne i slabe strony swojego pomyslu
    - kazdy dobry pomysl mozna ukrasc/zduplikowac w 3 miesiace, musisz wiedziec jak sie przebic jak ktos zrobi klona Twojego pomyslu, a bedzie mial 1mln pln na reklame wiecej

    Co ro roznic miedzy USA a Polska, to jest jedna zasadnicza – wielkosc rynku. I to zarowno pod wzgledem ilosci userow jak i ich sily nabywczej. Tam jest duzo latwiej zajac taka pozycje, na ktorej zarabiasz, u nas jest duzo ciasniej.

    Ja dodam moje spostrzezenie: geeki i inzynierowie nie umieja robic biznesu. Tak naprawde malo liczy sie jak dobry masz produkt, tylko jak go sprzedasz na rynku. Smutne

  • MyAvatars 0.2
    croock  

    Świetny wpis, zwłaszcza trafne obliczenia. Ze swojej strony chciałbym dorzucić dwie rzeczy:
    - obserwując inwestycje chociażby MCI w ostatnim czasie (Webkwadrat, Netpress) można wyciągnąć wniosek, że proporcje zaczynają się zmieniać na korzyść przedsiębiorców
    - Internet jest wciąż w trakcie dynamicznego rozwoju, także ze strony przychodowej. Obecne kilka procent budżetów reklamowych wydawanych w sieci to na pewno nie jest nawet połowa możliwości tego medium. Biznesy w necie będą coraz zyskowniejsze, chociaż konkurencja także nie śpi :)

  • MyAvatars 0.2
    Marcin Jagodzinski  

    @croock: nie wiem skąd taki wniosek. to jest pierwsza runda.

  • MyAvatars 0.2
    A.Lucis  

    “Chcesz całe ciastko czy kawałek tortu” – było napisane na jednej ze stron aniołów biznesu. Nikomu nie byłoby trudno odpowiedzieć na to pytanie gdyby faktycznie dało się położyć na szali obydwie słodkości i sprawdzić ich kaloryczność. Niestety tak się nie da.

    Słusznie prawi Marcin, mówiąc o wkładzie przez inwestorów nie tylko kasy, ale też wiedzy. Jednak pierwsze pytanie jakie należy sobie zadać jest następujące – Czy ich wiedza “o tym” znacznie może odbiegać od mojej? Jeśli pomysł wybiega poza pewne standardy to na nie wiele mogą się zdać ich kontakty. Wszystko bowiem zależy od tego co “to” właściwie jest.

    Tak się składa że od prawie roku siedzę (z zespołem kilku osób) nad projektem którego przedstawienie zajęłoby mi może 15 minut. Mam wrażenie, że w następne 15 jestem w stanie przekonać niemalże każdego do zaryzykowania konkretnej sumy i zainwestowania. Posądzicie mnie zapewne o małomiasteczkowość, ale moje (i na szczęście nie tylko moje) przekonanie o wyjątkowości projektu nie pozwala mi wchodzić w żaden układ który odebrał by mi możliwość decydowania. Jest w tym zapewne trochę walki pomiędzy tworzeniem a zarządzaniem. Samorealizacją a realizacją…

    Wszystko tak naprawdę rozbija się o znaki zapytania – W jaki sposób zadziałać, by do momentu sklonowania pomysłu stać się niekwestionowanym liderem?… Ile trzeba zainwestować w pierwszych miesiącach by po pół roku ktoś z tym przysłowiowym milionem nie pomyślał nawet że mu się uda zaistnieć?

    To oczywiście dość retoryczne pytania. Może za parę miesięcy, lat znajdziemy na nie odpowiedź – czego wszystkim serdecznie Wam życzę.

  • MyAvatars 0.2
    koral  

    tu bardziej chodzi o konkurencje kto pierwszy ten zgarnia najwiecej

    MCI musi sie liczyc ze nie sa juz “pierwsi” i majac taka opinie ludzie beda ich omijac przez co beda tracili dobre pomysly

Skomentuj