Na wschód czy na zachód?

Bartek Raciborski
(6 maj 2007, 18:56)

Michael Arrington pisze o nowo powstającym serwisie francuskiego Orange, znanego wszystkim operatora telefonii komórkowej – stronie startowej Bubbletop.

Bubbletop ma zamiar wejść na bardzo zatłoczony rynek, na którym wśród wielu startupów najpopularniejszymi graczami są Netvibes i Pageflakes. Nie mogą się one jednak nawet równać do wielkich korporacyjnych graczy – takie My Yahoo ma stukrotnie więcej (50 milionów) użytkowników niż każdy z wymienionych startupów.
Bubbletop, budując swoją popularność na bazie 90 milionów klientów jakich w Europie ma Orange, ma szansę wejść pomiędzy owe dynamiczne startupy a wielkich graczy internetowych (za My Yahoo są My MSN z 12 milionów użytkowników i Google IG od kilku dni znane jako iGoogle.com z 7 milionami). Ciekawy jestem, na ile oferować będą integrację strony startowej w internecie z odpowiednikiem w telefonie komórkowym.

To, czego bardzo dzisiaj brakuje to sprawne i skuteczne współdzielenie danych z urządzeniami mobilnymi – wszelkie tego typu konfiguracje wymagają użycia kilku różnych usług i/lub programów, a sensowne ich zrealizowanie przyprawia o ból głowy. Jeśli powstanie strona startowa nie gorsza od Netvibes, która znajdzie odzwierciedlenie w moim telefonie lub PDA, to będę pierwszym, który z radością przetestuje takie rozwiązanie.
Rozmarzając się: dodaję kilka nowych kanałów RSS na stronie startowej i “aplikacja startowa” w moim telefonie też zaczyna je wyświetlać. To, co przeczytałem używając PDA lub telefonu będąc w drodze, wyświetla się jako przeczytane na mojej stronie startowej w internecie. Podobna integracja kalendarza, zdjęć, subskrybowanych video, list todo i wszystkich innych rzeczy, jakie ludzie umieszczają na swoich stronach startowych. Wszystko w pełni synchronizowane z wygodną aplikacją w telefonie. Taka usługa byłaby hitem, a taki gracz jak Orange ma wręcz wymarzone warunki do jej wprowadzenia. Wszak ma trochę klientów korzystających z telefonów komórkowych i zapewne większość z nich korzysta również z internetu. Wystarczy pokazać im, jak obie te platformy można połączyć w sprawnie działającą całość, żeby zakochali się w tej usłudze i zaczęli masowo używać.

Czym tak naprawdę będzie Bubbletop, przekonamy się niebawem.

Ale ta notka miała być tak naprawdę o czym innym, a nowy projekt Orange jest tylko pretekstem do poruszenia innego tematu. Tworzony przez francuskie Orange Bubbletop jest tak naprawdę realizowany przez dział research & development znajdujący się w San Francisco, Kalifornia. Ten sam zespół wcześniej stworzył dla Orange Pikeo, platformę do publikowania zdjęć, działającą w tej samej przestrzeni rynku co Flickr.

Temat przenoszenia części działalności w inne części świata może być długi jak rzeka, ale w dużym uproszczeniu podsumować go można krótkim stwierdzeniem – o ile nie jest to związane z ekspansją (wkraczanie na lokalne rynki) a z działalnością usługową na wewnętrzne potrzeby firmy, zwykle jest to przenoszenie tej działalności do państw charakteryzujących się znacznie niższymi kosztami. Potwierdza to wiele przykładów, które przywołać może każdy z nas – w branży IT światowym centrum outsourcingu są Indie, a za połowę obecnego wzrostu gospodarczego w Polsce odpowiadają inwestycje firm zagranicznych (za drugą połowę odpowiadają pieniądze z Unii Europejskiej, bo ta część wywołana rosnącym popytem wewnętrznym tak naprawdę dopiero zaczyna – albo na szczęście już zaczyna – kiełkować).

Otwarcie więc działu R&D w Kalifornii, gdzie wcale nie jest taniej, niejako wyłamuje się z tego trendu, ale moim zdaniem jest bardzo trafnym posunięciem.

Jeśli przyjrzymy się znanym nam anglojęzycznym przedsięwzięciom internetowym, to 90% z nich będzie pochodziło z USA, 9% z nich z Europy (z naciskiem na UK) a pozostały 1% z pozostałej części świata. Ograniczam się do anglojęzycznych, bo te inne po prostu nie są nam znane i mają jedynie lokalny zasięg. Lokalny nie znaczy mały, co pokazują przedsięwzięcia azjacytkie: komunikator QQ z ponad 160 milionami użytkowników, wyszukiwarka Baidu, która w pierwszym kwartale 2007 zarobiła 35 milionów dolarów czy sieć społeczna Cyworld z 20 milionami unikalnych użytkowników każego dnia – są one dla większości Polaków nieznane (może poza Cyworld, o którym było ostatnio nieco szumu z okazji jego zamiarów wejścia na zachodni rynek), bo tamta część świata tworzy niejako swój internet, do którego wejście dla zachodnich gigantów okazuje się być niezwykle trudne (patrz porażki Google, Yahoo, eBay – dlaczego tak się dzieje, jakie są różnice między azjatckimi internautami a zachodnimi i skąd wynika ich niezrozumienie przez amerykańskie giganty to temat na odrębną notkę).

Tak naprawdę znakomita większość odnoszących sukcesy serwisów internetowych, które nazywamy mianem globalnych (anglojęzycznych, skierowanych do użytkowników z całego świata) pochodzi z USA, a wewnątrz Stanów znakomita ich większość koncentruje się wokół dwóch ośrodków – Kalifornii i Bostonu. Ta ogromna dysproporcja pomiędzy tymi rejonami a umowną resztą świata ma swoje racjonalne przyczyny.

Rynek internetowy to jeden z dzisiejszych najbardziej dynamicznych rynków. Z jednej strony wciąż pojawiają się nowe, rewolucyjne pomysły i rozwiązania, z drugiej strony bariera dostępu użytkowników do usług prawie nie istnieje (jeśli mieszkasz w małej mieścinie w Sudetach wypad na wystawę fotografii w Gdańsku staje się sporą eskapadą, ale zdjęcia z Flickr możesz oglądać tak samo łatwo jak te z Fotka.pl), co pozwala łatwo i szybko pozyskać nowych użytkowników jeśli masz dobry produkt, ale równie łatwo i szybko ich stracić jeśli nie nadążasz za stale rozwijającą się konkurencją. Wszystko to sprawia, że większość nowych produktów w tym obszarze opiera swój sukces na innowacji.

Innowacja, w przeciwieństwie do uruchomienia biznesu w postaci warzywniaka na rogu, opiera się na tworzeniu czegoś nowego, inwestowaniu w coś ryzykownego, wierze w sens pomysłów, które nierzadko na pierwszy rzut oka wydają się absurdalne a potem okazują się być sprawcami większych lub mniejszych rewolucji. Do jej powstania i realizacji niezbędne są dwa elementy – ludzie i pieniądze. Odpowiedni ludzie, mający wystarczająco szalone pomysły i odpowiednio dużo wiary oraz chęci i umiejętności do ich realizacji po to, żeby zmienić świat. Odpowiednie pieniądze, czyli pochodzące od inwestorów, którzy nie boją się ryzyka i wierzą w to, że innowacja jest motorem postępu, który zmienia świat.

Słoneczna Kalifornia jest tylko jednym z pięćdziesięciu stanów, ale jej przemysł rozrywkowy, informatyczny i rolnictwo generują 13% produktu krajowego całego USA. Żyje tam prawie milion milionerów, a odnoszące sukcesy kalifornijskie firmy rokrocznie produkują kolejne ich tysiące. Jest to przy okazji bardzo przyjemne miejsce do życia co sprawia, że bogacze nie mają ochoty stamtąd uciekać (gdybym zrobił interes życia na Grenlandii, prawdopodobnie wraz z całymi zarobionymi pieniędzmi wyniósłbym się w jakieś bardziej przyjazne miejsce). Nierzadko są to ludzie, którzy zarobili swoje majątki dzięki różnego rodzaju innowacyjnym przedsięwzięciom, są więc bardziej skłonni do inwestowania w takowe. Tu po prostu leżą pieniądze, których potrzebują innowacyjni przedsiębiorcy.

Tam gdzie jest kapitał, tam gromadzą się ludzie, którzy go potrzebują. W biznesie rzadko kiedy góra przychodzi do Mahometa – to osoby, które chcą tworzyć biznes muszą przyjść tam, gdzie są środki na jego finansowanie. Efekt jest taki, jak z polskimi hydraulikami, których najłatwiej znaleźć można w Londynie. Jeśli chcesz szukać dobrych developerów do realizacji swojego projektu, szukaj w Kalifornii, bo tam wszyscy wyjechali. Skoro tam znajdują się pieniądze i tam znajdują się ludzie potrafiący z ich pomocą realizować przedsięwzięcia, to gdzie indziej mają powstawać innowacyjne firmy? Nawet jeśli znajdziesz inwestora w Południowej Dakocie to czy znajdziesz tam pracowników? Odpowiednich pracowników, nie tylko z wiedzą i umiejętnościami ale też z pasją.

Tam gdzie jest kapitał i gdzie są ludzie z powodzeniem go pożytkujący, tam krąży mnóstwo pomysłów, a atmosfera wręcz przesiąknięta jest kreatywnością. Nie sposób sobie wymarzyć lepszego miejsca na tworzenie. Prawdopodobnie do takich samych wniosków doszło Orange. Szukanie inwestora to nie ich problem a i przecież w całej Francji na pewno znaleźli by też odpowiednich pracowników, ale czy tak samo obsesyjnie opętanych innowacyjnością jak ci, którzy żyją w samym centrum zamieszania, w miejscu, gdzie przy niemalże każdym lunchu natkniesz się na jakiś ciekawy pomysł lub rozwiązanie?

Moje dzisiejsze pytanie do Was dotyczy tego, na ile owa “kalifornijska mieszanka” pomaga lub wręcz jest niezbędna do stworzenia czegoś dobrego. Czy w naszych realiach, gdzie nieporównywalnie trudniej jest o inwestorów; gdzie większość zdolnych ludzi albo wyjechała z kraju albo pracuje dla zachodnich firm za bardzo dobre pensje z jakimi startupy nie są w stanie konkurować; gdzie nie ma całej tej otoczki, atmosfery, gdzie życie nie toczy się wokół innowacji i kolejnych przedsięwzięć; czy jest możliwe stworzenie przedsięwzięcia na miarę jeśli nie Skype lub Youtube to chociaż Netvibes czy Last.fm, czy też jest to nieporównywalnie wręcz trudniejsze?

1 skomentuj
zasubskrybuj RSS bloga

Przeczytaj także:

Komentarze (1):

RSS komentarzy, Trackback
  • MyAvatars 0.2
    Marcin Jagodzinski  

    jest trudniejsze, ale w jakim stopniu? trudno powiedzieć. ja sobie to szacowałem i wychodzi mi, że mamy szansę na 1 udany w skali światowej startup na jakieś 10-30 lat. co oznacza, że może nie udać się nigdy, bo to już są małe szanse.

    ps. poza tym my możemy kopiować. amerykanie nie mogą, bo niby od kogo? :)

Skomentuj