Internet na świecie – największe rynki, na które chcielibyście wejść

Bartek Raciborski
(19 sie 2007, 07:48)

CNN w magazynie Business 2.0 opublikował jakiś czas temu mapę świata internetu, pokazującą Amerykanom, że internet (i świat) nie kończy się na US.

webmap.png

Prawie jak mapa geograficzna, prawda? Tylko nieco zniekształcona, żeby zwizualizować dwie wartości dla każdego kraju:

  • Wielkość kraju symbolizuje liczbę użytkowników internetu – im większy, tym więcej internautów żyje w tym kraju.
  • Kolor kraju symbolizuje penetrację – im ciemniejszy, tym większy procent całej populacji kraju korzysta z internetu.

CNN stara się przekazać:

If your business is online, it’s where your potential customers live – and the vast majority of them are outside the U.S.

Nie jest to oczywiście dla nas zaskoczeniem, ale jest dobrym pretekstem, żeby napisać o tym, gdzie znajdują się Wasi potencjalni klienci i jakimi językami mówią, jeśli macie ambicje stworzyć produkt wykraczający poza rynek polski lub środkowoeuropejski.

W moich ostatnich dniach przed odejściem z Crowdstorm oprócz przekazania wszystkiego nowemu CTO skoncentrowaliśmy się na zaplanowaniu rozwoju biznesu w przyszłości. Między innymi zastanawialiśmy się w jakiej kolejności Crowdstorm powinien wchodzić na zagraniczne rynki. Myślałem też o takiej strategii dla Travels.to – i mając te przemyślenia świeżo w głowie, chętnie się nimi z Wami podzielę.

Rzecz jasna, strategie obu tych firm będą się różnić, bo różna jest specyfika tych biznesów i całkiem różne bariery wejścia na kolejne rynki – Travels.to ma w tym względzie o wiele łatwiej (dla przykładu różnica między US a Australią dla Crowdstorm to między innymi całkiem inna, lokalna baza produktów oraz konieczność współpracy z całkiem innymi, lokalnymi partnerami, podczas gdy Travels.to w Australii wciąż korzystać może z Expedia lub LastMinute i zmienić będzie musiało jedynie partnera dostarczającego pakiety oraz obsługującego produkcję i wysyłkę materiałów drukowanych). Mimo to istnieje pewien wspólny mianownik w postaci faktów, będących bazą startową do analizy.

Języki używane w internecie
Dobrze jest zacząć od podzielenia świata na języki – to bardzo uprości analizę i jest też naturalne z punktu widzenia biznesowego. Wejście do kraju, w którym ludzie mówią nowym (dla nas) językiem, oznacza zwykle (oprócz znalezienia lokalnych partnerów) przygotowanie nowej wersji językowej i zatrudnienie osób posługujących się tym językiem – do obsługi klientów oraz ich supportu. Gdy już mamy obsługę danego języka oraz ludzi zajmujących się nim, wejście do kolejnego kraju z tym językiem to znacznie mniej wysiłku i nakładów.

Najpopularniejsze języki w internecie to (wg internetworldstats.com):

  • Angielski – 366 mln użytkowników
  • Chiński – 184 mln użytkowników
  • Hiszpański – 102 mln użytkowników
  • Japoński – 86 mln użytkowników
  • Francuski – 59 mln użytkowników
  • Niemiecki – 59 mln użytkowników

Liczenie użytkowników posługujących się danymi językami jest trudne, zwłaszcza gdy chce się całość zsumować do stu procent i pokazać rozkład – dlatego w powyższym zestawieniu kryterium był główny, pierwszy język. Czyli dla osób wielojęzycznych brany jest pod uwagę tylko jeden język – ten, który uznają za swój główny i najbardziej naturalny.

Rzecz jasna w internecie o wiele więcej osób rozumie dane języki, ale nie będzie to nas interesowało – nikt o zdrowych zmysłach nie będzie w celu podboju Polski uruchamiał u nas serwisu współpracującego z polskimi partnerami (np. systemy płatności, sprzedawcy, itd) ale w języku angielskim – tak samo Wy nie będziecie wchodzić na rynek hiszpański z produktem po angielsku. Dlatego dane dotyczące głównego języka użytkowników są dla nas wystarczające i odpowiednie.

Język angielski
Najszerzej używanym językiem w internecie jest wciąż język angielski, czyli głównie (liczba tutaj dotyczy wszystkich internautów w danym kraju niezależnie od używanego języka):

  • Stany Zjednoczone – 211 milionów
  • Wielka Brytania – 38 milionów
  • Kanada – 22 miliony
  • Australia – 15 milionów
  • Nowa Zelandia – 3 miliony
  • Irlandia – 2 miliony

Przy czym należy pamiętać, że na ponad 300 milionów populacji Stanów Zjednoczonych zaledwie 250 milionów ludzi w ogóle mówi po angielsku, a pierwszym językiem jest on dla 215 milionów, więc nie wszyscy z owych 211 milionów internautów w US są anglojęzyczni.

Niezależnie od wszystkiego, język angielski oraz rynek amerykański będzie prawdopodobnie tym, od którego zaczniecie swoją ekspansję na świat. O wybieraniu kolejności będzie jeszcze za chwilę.

Języki azjatyckie
Drugie i czwarte miejsce w rankingu to chiński (184 mln internautów) i japoński (86 mln). Mimo iż liczby są tu znaczące, a w przypadku bardzo szybko rozwijających się Chin liczba ta będzie szaleńczo wręcz rosnąć w najbliższych latach (pisałem kiedyś o chińskim rynku internetowym), gdyż penetracja internetu tam to wciąż 12% przy ponad 60% w większości krajów rozwiniętych – to wejście na te rynki prawdopodobnie rozsądnym będzie pominąć.

Poza nieco większym nakładem przystosowania technicznego (np. obsługa języków używających znaków innych niż łacińskie) – co w gruncie rzeczy nie jest niczym strasznym, miałem już do czynienia z uruchamianiem witryn na rynki chiński i wietnamski i nie było to nic strasznego – największą barierą będzie niezrozumienie tamtejszych realiów i użytkowników. Przeczytajcie wspomniany przeze mnie artykuł, w którym o tym pisałem. Jeśli tacy giganci jak Google, eBay czy Yahoo sobie nie poradzili, prawdopodobnie i Wy będziecie mieli problem, trzymajcie się więc lepiej od tego fragmentu świata z daleka – przynajmniej dopóki nie zdominujecie w swojej dziedzinie całej reszty świata.

Język hiszpański
To trzeci największy język w internecie i drugi w obszarze kultury i sposobu myślenia zbliżonych do naszego – i dlatego powinien być drugim po angielskim, w który wkroczycie. Zwłaszcza, że hiszpańskojęzyczny internet był nieco przez amerykańskie firmy zaniedbywany i może być tutaj Wam nawet łatwiej niż na rynku anglojęzycznym z powodu znacznie mniejszej konkurencji. To zresztą typowe, gdy porozmawiasz z przeciętnym amerykańskim architektem (ale takim co to projektuje biznes albo oprogramowanie, a nie mosty lub budynki) – połowa z nich zrobi wielkie oczy na słowo “wielojęzyczność”.

Dygresja: Właśnie dlatego nam, Europejczykom, powinno być łatwiej stworzyć biznes prawdziwie globalny. Mieszkamy na kontynencie wielojęzycznym i bardzo zróżnicowanym kulturowo – naturalnym jest dla nas, że ludzie używają różnych języków i że Hiszpan, Anglik, Grek i Ukrainiec mogą mieć skrajnie odmienne sposoby myślenia i postrzegania świata. Przez setki lat uczyliśmy się współistnienia w takim zróżnicowanym świecie i dużo lepiej niż Amerykanie powinniśmy rozumieć słowa: różnorodność, wielokulturowość i podobne.

Największe kraje hiszpańskojęzyczne to:

  • Meksyk – 22 mln internautów
  • Hiszpania – 20 mln internautów
  • Argentyna – 13 mln internautów
  • Kolumbia – 7 mln internautów
  • Chile – 7 mln internautów
  • Peru – 6 mln internautów
  • Wenezuela – 3 mln internautów

To naprawdę spory rynek, którego wielu nie zauważa. Gdy pracowałem w Ciao zauważyłem, że na naszej hiszpańskiej witrynie zarejestrowana jest znacząca liczba użytkowników z Ameryki Południowej. Wysłałem te dane dyrektorowi odpowiedzialnemu za rozwój i przekonałem, że warto – i wkrótce potem uruchomiliśmy dedykowaną witrynę dla Meksyku.

Francuski i niemiecki
Obu tych języków używa po 59 milionów internautów, ale ich atrakcyjność dla Was zależeć będzie od kilku czynników. Rozsądnym jest obsługiwanie języka francuskiego zanim wejdzie się do Kanady – jeśli więc chcecie wchodzić na ten rynek, niech priorytetem będzie dla Was francuski.

Trzeba jednak pamiętać, że język francuski rozbity jest po kilku krajach, podczas gdy niemiecki skupia się głównie w jednym. Wejście na dany rynek to nie tylko język, ale często też trochę upierdliwych formalności, współpraca z lokalnymi partnerami i cała masa innych rzeczy, o które trzeba zadbać. Jeśli nie macie jeszcze na tyle zasobów, żeby stać Was było na takie rozdrabnianie, zacznijcie od niemieckiego – spośród 59 mln internautów z językiem niemieckim aż 50 mln mieszka w Niemczech, podczas gdy wśród takiej samej liczby francuskojęzycznych użytkowników zaledwie 33 mln mieszka we Francji.

Nie tylko język
Ekspansja do nowych krajów to nie tylko język. Zazwyczaj napotkacie całą masę problemów przy wchodzeniu do kolejnych krajów. W Ciao uruchamialiśmy witryny w kilkudziesięciu krajach na czterech kontynentach, miałem więc okazję przyjrzeć się, jak to naprawdę wygląda. Kilka przykładowych problemów to:

  • Wszelakie kwestie prawne. Jeśli jesteście po prostu witryną, z której ludzie korzystają, bez wchodzenia z Wami w żadne bliższe relacje, to nie ma problemu. Gorzej, gdy zapragniecie płacić swoim użytkownikom, na przykład dzieląc się z nimi zyskami wygenerowanymi przez tworzony przez nich content – wtedy szykujcie się na całę masę tzw. legal fluff stuff.
  • Dostosowanie oprogramowania do realiów danego kraju. To są detale – rzeczy, o których na początku nigdy się nie myśli, ale które wychodzą później. Drobiazgi w rodzaju na przykład niekompatybilności formatów numerów kont bankowych będą Wam spędzać sen z oczu. Zdziwilibyście się, jak wielka różnorodność jest w formatach numerów kont bankowych nawet w pozornie tak bardzo ustandaryzowanej Unii Europejskiej – Polska jest naprawdę bardzo chlubnym wyjątkiem, gdzie obowiązuje standardowy IBAN, ale w wielu krajach funkcjonują równolegle z nim również stare formaty – czasami wręcz po kilka w jednym kraju. Jeśli wypłacać będziecie pieniądze na rachunki bankowe (które wypada np. walidować), musicie całą tę różnorodność obsłużyć. To tylko przykład, takich detali może się znaleźć nieco więcej.

Jaka kolejność?
To oczywiście zależeć będzie od specyfiki Waszego biznesu, ale można przygotować pewną standardową listę, która będzie odpowiednia dla wielu biznesów, a pozostałym może posłużyć jako punkt wyjścia do przemyślenia i dokonania ewentualnych zmian. Zacznijmy jednak od… początku.

Gdzie zacząć?
To tylko pozornie proste pytanie. Odpowiedzi na nie może być kilka, w zależności od przyjętej strategii – przy czym zdecydowana większość z nich będzie obejmować Stany Zjednoczone i/lub Wielką Brytanię.

  • Ostra jazda czyli równoległe wejście na dwa największe rynki anglojęzyczne: Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Prawdopodobnie o tym właśnie myślicie, więc zamiast przekonywać Was do tego, zwrócę uwagę na przyczyny, dla których moglibyście chcieć ograniczyć się na początku do jednego z tych krajów.
  • Maksimum efektu, minimum nakładów. Jeśli dysponujecie bardzo ograniczonymi zasobami (a na początku zazwyczaj tak jest), być może będziecie chcieli się ograniczyć do jednego kraju, bo to oznacza mniej formalności, mniej różnorodności, brak konieczności współpracy z wieloma partnerami i wiele innych uproszczeń. Wtedy zaczniecie prawdopodobnie od większego z tych rynków, a Wielka Brytania będzie czekała na swoją kolej jako destynacja numer dwa.
  • Do finalnej bitwy trzeba się dobrze przygotować. Uruchomienie najpierw w Wielkiej Brytanii być może nie jest tak bardzo atrakcyjne, ale pozwoli Wam na swojego rodzaju rozgrzewkę. UK to również spory rynek – i jeśli Wasz pomysł jest dobry, to ten rynek jest wystarczająco duży, żeby być w stanie na nim zarobić, a przy okazji popełnić na nim te wszystkie błędy, które nieuniknienie będziecie musieli popełnić tworząc od zera coś nowego. Gdy będziecie potem wchodzić na rynek amerykański, będziecie bogatsi o te wszystkie doświadczenia i będziecie mieli mniejsze szanse na popełnienie falstartu – który łatwiej będzie wybaczony na rynku brytyjskim, niż na dużo bardziej konkurencyjnym i wymagającym rynku amerykańskim.
    Nie róbcie tego jednak, jeśli tworzycie coś naprawdę innowacyjnego i nowego – na świecie są tysiące osób, które aż kipią od chęci zrobienia czegoś, ale brakuje im pomysłów. Zanim zdążycie wejść do US z Waszym produktem, powstanie tam już kilkadziesiąt klonów, z którymi będziecie musieli konkurować. Jeśli jednak eskploatujecie sprawdzony pomysł, ale chcecie go zrealizować w znacznie lepszy sposób, niż wszyscy, wówczas spokojnie możecie testować i dopracować wszystko uruchamiając w Wielkiej Brytanii.
  • Wyścig z czasem. Jeśli działacie w obszarze, w którym wiecie lub czujecie, że ścigacie się z innymi przygotowującymi podobny produkt do Waszego, wtedy nie ma na co czekać. Najatrakcyjniejszy jest na pewno rynek największy. Nie ma wtedy sensu startować jednocześnie w dwóch krajach, bo podczas wyścigu nie ma co tracić czasu i dekoncentrować się. Idziecie prosto na wojnę i startujecie w US – na UK przyjdzie czas po otrzepaniu się z kurzu pierwszej, wygranej bitwy.

Co dalej?
Wspomniana, standardowa lista, mogłaby wyglądać następująco:

  1. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – jednocześnie lub jedno po drugim
  2. Australia. Jeśli koszt formalności oraz poszukiwania i integracji z lokalnymi partnerami jest w Waszym biznesie niski, to również Nowa Zelandia i Irlandia. Jeśli nie chcecie czekać na język francuski, Kanada – pamiętajcie jednak, że wkurzycie tę ćwierć populacji, która posługuje się francuskim – ponoć są dość drażliwi w tym temacie.
  3. Hiszpania i Meksyk
  4. Niemcy lub Francja (patrz wyżej)
  5. Kolejne kraje posługujące się językami, które już obsługujecie. Obserwujcie Waszych użytkowników – patrzcie, skąd się rejestrują. Jeśli na Waszej hiszpańskiej witrynie zauważycie sporą liczbę Argentyńczyków, uruchomcie wersję produktu specjalnie dla nich.

Ale co z tą Azją?
Azję szczerze proponuję pominąć, bo to bardzo trudny rynek dla tych, którzy go nie rozumieją (czytaj: Europejczyków i Amerykanów). Ewentualnie zostawić na sam koniec – jeśli osiągniecie sukces we wszystkich krajach z powyższej listy i nie macie już gdzie zaspokajać swojej żądzy rozwoju, wtedy proszę bardzo – możecie próbować.

Dygresja: Muszę przyznać się Wam do tego, że Travels.to też ma chrapkę na ten rynek, przy czym bardziej na Japonię niż na Chiny. Mimo iż jest tam znacznie mniej użytkowników, to Japończycy dużo podróżują – znacznie więcej niż przeciętny Europejczyk, który znowu podróżuje znacznie więcej niż przeciętny Chińczyk. Dlatego myślimy o Japonii, ale to są myśli bardzo odległe – po języku angielskim, hiszpańskim, niemieckim i francuskim i wielu krajach związanych z tymi językami – ewentualnie na samym końcu. I na pewno nie będziemy robili tego sami – potrzeba tu będzie lokalnego partnera, który pomoże nam zrozumieć japońskich użytkowników.

14 skomentuj
zasubskrybuj RSS bloga

Przeczytaj także:

Komentarze (14):

RSS komentarzy, Trackback

Dyskusja na innych blogach (trackbacks):

  • MyAvatars 0.2
    traczykk  

    that’s what I call blogging!

    p.s. Ukraińczyk? :)

  • MyAvatars 0.2
    Bartek@Webstop  

    Tak się zdarza, gdy pisze się w niedzielę o siódmej rano – dzięki za zwrócenie uwagi. :)

  • MyAvatars 0.2
    Klos  

    Kupiłem domenę .cn profilaktycznie ;-)
    Ale nawet tutaj widać zasadnicze różnice, których Zachód ciągle nie pojmuje. W Chinach o wiele popularniejsze są domeny w znakach chińskich – należy bowiem pamiętać, że dla przeciętnego Chińczyka znaki łacińskie są czymś zupełnie obcym i często mają problemy nie tylko z ich zapamiętaniem, ale nawet odczytaniem fonetycznym (co się oczywiście wiąże).

  • MyAvatars 0.2
    Bartek@Webstop  

    Przyznam szczerze, że mimo iż byłem w Chinach, nie widziałem nigdy domen zapisanych w znakach chińskich – a bywałem kilka razy w kafejkach internetowych i patrzyłem, co ludzie robią, pokazywała mi też kilka rzeczy znajoma Chinka. Nie widziałem też takich domen w żadnym rankingu najpopularniejszych witryn w Chinach (np. Top 100 Alexy). :)

    Dla osób korzystających z komputerów znaki łacińskie nie są niczym obcym – korzystają oni przecież z takiej samej klawiatury jak my i właśnie kombinacji znaków łacińskich używają do wprowadzania znaków chińskich (jest na to kilka sposobów/systemów, ale najpopularniejszy opiera się na pinyin – sposobie zapisywania chińskich znaków z użyciem łacińskiego alfabetu – i większość Chińczyków właśnie w ten sposób wpisuje chińskie znaki na klawiaturze komputera; na przykład 我愛你 zapisane w pinyin to: wo3 ai4 ni3).

    Bardzo za to popularne są domeny zawierające liczby, lub składające się tylko z samych liczb. Wynika to z tego, iż Chińczycy bardzo przywiązani są do numerologii, jak również i z samej konstrukcji języka chińskiego, która sprawia, że każda cyfra przypomina w wymowie jakieś inne słowo – przypisuje się więc cyfrom znaczenia tych słów (w języku Chińskim są cztery tony – w zależności od sposobu wypowiadania danego słowa, np. tonem rosnącym lub opadającym, ma ono całkiem inne znaczenie i jest tak naprawdę całkiem innym słowem, z własnym, odrębnym znakiem graficznym).

    Przykłady witryn: 51go.com (gdzie 51 brzmi podobnie do “I want”), albo dwa z Top 10 chińskich serwisów, które mają same cyfry w nazwie domeny: 163.com (tu akurat z tego co wiem nie ma to głębszego znaczenia, a pochodzi to od prefiksu najpopularniejszego w Chinach dial-upu) lub 56.com (5 brzmi podobnie jak “me”, a 6 brzmi podobnie jak “easy”).

  • MyAvatars 0.2
    Aleksander Lucis  

    Bardzo rzeczowy i wartościowy post. Po raz kolejny ostrzegasz przed Chinami, coś w tym musi być…

  • MyAvatars 0.2
    rafalski  

    Mysle, ze Kanadyjczykow bardziej moze wkurzyc brak dostepu przy produkcie wypuszczonym na rynek amerykanski, niz brak jezyka francuskiego na rynku kanadyjskim. French Canadians, ktorych poznalem do tej pory, mowili po angielsku bez zadnych francuskich nalecialosci w akcencie :)

    Patrze sobie na te mape z cnn.. Belgia ma 48%, Irlandia 50%. Troche dziwne, biorac pod uwage zgola odmienne wyniki dotyczace dostepnosci broadbandu i fakt, ze w Irlandii e-commerce wlasciwie nie istnieje, jesli np. porownac z taka Polska (30%). Rozumiem, ze ilosc uzytkownikow internetu i dostep do niego w domostwach nie musza sie pokrywac, ale wyglada mi to na spora rozbieznosc.
    http://www.websiteoptimization.com/bw/0609/
    http://www.websiteoptimization.com/bw/0704/

  • MyAvatars 0.2
    Marcin Jagodziński  

    A co z tą Portugalią? Wydaje mi się, że ten ciemnozielony jest tam mocno na wyrost. Ma wiecej % użytkowników niż Holandia? Czy Szwajcaria? Sorry, nie wierzę.

  • MyAvatars 0.2
    klos  

    Zrobiłem rekonesans i widzę, że idea domen nie anglojęzycznych

  • MyAvatars 0.2
    klos  

    Trochę przegiąłem – popularniejsze oczywiście nie są. Wynikało to z mojej subiektywnej oceny sytuacji. Będąc w Chinach spotykałem się często z takimi domenami i znajomi Chińczycy ich używali.

    http://tc-domain-names.i-dns.biz/

    Natomiast by w ogóle z nich korzystać potrzebny jest plugin do przeglądarki (no i znajomość chińskiego ;-).

    Wspominałeś już o numerkach, to ja dodam, że zaskoczeniem było dla mnie korzystanie z bezpośrednich adresów IP! Takim adresem posługiwał się np. popularny sajt z muzyką w mp3!

    A rozwijając temat bariery językowej dodam ciekawostkę z prac nad Planemoo – eksperymentowaliśmy z wczytywaniem chińskich RSS’ów i okazało się, że cały chiński akapit (a czasem cały tekst) jest traktowany przez nasz framework jako jedno słowo z powodu braku spacji :-) I tutaj pojawia się problem bo rozbijanie tego bloku na pojedyncze znaki jest tak samo bez sensu (słowo może składać się z wielu znaków przy czym każdy osobno ma też swoje znaczenie). Wyszukiwarki powinny raczej mieć jakieś mechanizmy oparte na słownikach.

  • MyAvatars 0.2
    Bartek@Webstop  

    @klos: Z tymi spacjami to racja. Nigdy nie pracowałem z chińskim tekstem, więc nie wiem w jaki sposób zwykło się z tym sobie radzić. Pamiętaj, że z wyszukiwarką po chińsku nawet Google sobie nie poradziło. ;-)

    Rozbijanie na znaki oczywiście nie ma sensu. W uproszczeniu – jeden znak to jedna sylaba (plus dochodzi sposób wymowy tej sylaby, czyli jeden z czterech tonów – dlatego mają tych znaków circa 5000) i rzecz jasna większość pojedynczych sylab, oraz niektóre zlepki dwu-trzy-sylabowe mają swoje własne znaczenia, a po doklejeniu czwartej lub piątej sylaby tworzą wyraz o całkiem innym znaczeniu. Coś jak np. “dom” i “domena”.

    A tak serio, nawiązując do Twojego problemu – mam pewien pomysł na architekturę rozwiązania, które ideksowałoby chińskie słowa i chętnie Ci o nim opowiem – może Wam pomoże. Ale to chyba nie w tym wątku. :) Tak się zastanawiam, czy na priv, czy może napisać o tym osobny post, traktując mój pomysł jako zaproszenie do dyskusji i wspólnymi siłami może udałoby się nam wypracować jakieś fajne rozwiązanie?

  • MyAvatars 0.2
    Paweł Nowak  

    Dzięki wielkie za tą analizę. To mi pozwoliło wybrać odpowiednią ścieżkę jaką pójdzie mój biznes, bo na razie się wachałem w jakiej kolejności podejść do języków i – właśnie – krajów.

  • MyAvatars 0.2
    Grzechu  

    Rzeczowy post, tylko jedna dygresja: Niemiecki nie jest skoncentrowany tylko w jednym kraju (mamy: Niemcy, Szwajcaria, Austria, pewne czesci Wloch(tzw Tyrol poludniowy), jest obecny nawet na kontynencie Afrykanskim

  • MyAvatars 0.2
    Bartek@Webstop  

    @Grzesiek. Oczywiście nie w 100%, ale jeśli 50 mln z 59 mln mieszka w Niemczech, to oznacza, że niemiecki jest całkiem mocno skoncentrowany właśnie na Niemczech – zwłaszcza w kontekście porównania do francuskiego (i wyboru, który z nich pierwszy zaimplementować), w którym zaledwie 33 mln z wszystkich 59 mln mieszka we Francji.

    De facto żaden (popularny) język nie jest w 100% skupiony w jednym miejscu – nawet język Polski to ponad milion ludzi na wyspach brytyjskich i parę milionów w Ameryce Północnej wchodzące w skład tych czterdziestu kilku milionów ogółem (tu akurat mówię o wartościach dla populacji offline).
    Część języków jest dosyć mocno skoncentrowanych wokół swojego macierzystego kraju (co nie oznacza, że chodzi o 100%), a część już jakby mniej. Bardziej skoncentrowane są polski i niemiecki, gdzie >80% posługujących się nimi mieszka w kraju macierzystym języka, a bardziej rozproszony angielski, czy francuski gdzie raptem 55% internautów używających francuskiego mieszka we Francji.

Skomentuj