<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Webstop.pl &#187; know-how</title>
	<atom:link href="http://www.webstop.pl/kategorie/know-how/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.webstop.pl</link>
	<description>internet, technologia, startupy, sieci społeczne, przedsiębiorczość</description>
	<lastBuildDate>Mon, 07 Jun 2010 21:38:07 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.4</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>404 to strona nawigacyjna</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2009/10/14/404-to-strona-nawigacyjna/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2009/10/14/404-to-strona-nawigacyjna/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Oct 2009 12:12:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/?p=767</guid>
		<description><![CDATA[ Grzesiek na Antyweb pisze o ładnych stronach 404, a ja twierdzę, że strona informująca o braku poszukiwanej treści powinna być przede wszystkim użyteczna (co nie wyklucza tego, żeby była ładna i pomysłowa).
Podstawowe pytanie, na które powinniście sobie odpowiedzieć projektując stronę błędu 404 dotyczy efektu jaki chcecie osiągnąć. Czy chcecie odwiedzającego rozbawić, wprawić w podziw [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2009/10/21-240x175.jpg" alt="21" title="21" width="240" height="175" class="alignleft size-thumbnail wp-image-768" /> Grzesiek na Antyweb pisze o <a href="http://antyweb.pl/jak-wyglada-wasza-strona-404/">ładnych stronach 404</a>, a ja twierdzę, że strona informująca o braku poszukiwanej treści powinna być przede wszystkim użyteczna (co nie wyklucza tego, żeby była ładna i pomysłowa).</p>
<p>Podstawowe pytanie, na które powinniście sobie odpowiedzieć projektując stronę błędu 404 dotyczy efektu jaki chcecie osiągnąć. Czy chcecie odwiedzającego rozbawić, wprawić w podziw nad Waszą pomysłowością, poczuciem humoru, umiejętnościami grafika, itp? Czy może chcecie zwiększyć Wasze szanse na to, że pozostanie na Waszej stronie?<span id="more-767"></span></p>
<p>Jeśli to drugie, to traktujcie 404 jako stronę nawigacyjną. Dajcie odwiedzającemu linki prowadzące do najistotniejszych obszarów Waszej strony i/lub najbardziej powiązanych z tym czego być może szukał. Wówczas większa jest szansa, że w coś kliknie i pozostanie na stronie zamiast zamknąć okno przeglądarki lub wcisnąć przycisk &#8220;wstecz&#8221;.</p>
<p>Dlatego z <a href="http://webdesignledger.com/inspiration/404-error-pages-for-your-viewing-pleasure">galerii</a> stron 404 linkowanej na Antyweb najbardziej podoba mi się <a href="http://www.clearspring.com/404">Clearspring</a>: jasny komunikat informujący o błędzie, zachowana duża, górna nawigacja oraz pod spodem zestaw linków.</p>
<p>Bardzo dobrą stronę ma też Apple, wykorzystuje zresztą dokładnie taki sam układ (choć w bardziej oszczędnej formie graficznej):</p>
<p><a href="http://www.apple.com/404"><img src="http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2009/10/Picture-82-500x306.png" alt="Picture 82" title="Picture 82" width="500" height="306" class="aligncenter size-medium wp-image-769" /></a></p>
<p>Dobrym przykładem jest też, podany przez kogoś w komentarzach na Antyweb, polski Listonic. Na samym środku linki do profilu, na dole stopka z nawigacją:</p>
<p><a href="http://listonic.pl/c/something_missing"><img src="http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2009/10/Picture-83-500x365.png" alt="Picture 83" title="Picture 83" width="500" height="365" class="aligncenter size-medium wp-image-773" /></a></p>
<p>I oczywiście zgadzam się z Grześkiem, że zdecydowanie zbyt mało witryn poświęca swoim stronom błędów należną uwagę (co często wynika po prostu z ograniczonych zasobów, zwykle w startupie znajdzie się sto innych rzeczy, na które warto poświęcić wolnych kilka godzin) &#8211; jednak jeśli już to robicie, to moją radą jest: na pierwszym nawigacja, dopiero na drugim estetyka i pomysłowe obrazki.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2009/10/14/404-to-strona-nawigacyjna/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ile kosztuje Cię wolne działanie strony oraz dlaczego większość ludzi optymalizuje nie to co potrzeba</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2008/09/26/ile-kosztuje-cie-wole-dzialanie-strony-oraz-dlaczego-wiekszosc-ludzi-optymalizuje-nie-to-co-potrzeba/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2008/09/26/ile-kosztuje-cie-wole-dzialanie-strony-oraz-dlaczego-wiekszosc-ludzi-optymalizuje-nie-to-co-potrzeba/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 26 Sep 2008 13:09:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[SportoweFakty]]></category>
		<category><![CDATA[wydajność]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/?p=685</guid>
		<description><![CDATA[Jakiś czas temu zapowiedziałem pisanie od czasu do czasu artykułów typu know-how, czas więc na coś w tym temacie. Będę też wdzięczny za feedback od Was: czy tego typu teksty w ogóle Was interesują i czy chcielibyście widzieć więcej takich na Webstop? Czy również dla osób mniej technicznych (a one stanowią 50% czytelników Webstop, są [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href='http://www.flickr.com/photos/diegodalmaso/2677658905/'><img src="http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/09/speed-limit.jpg" alt="" title="speed-limit" width="240" height="180" class="alignleft size-thumbnail wp-image-684" /></a>Jakiś czas temu zapowiedziałem pisanie od czasu do czasu artykułów typu <a href="http://www.webstop.pl/kategorie/know-how/">know-how</a>, czas więc na coś w tym temacie. Będę też wdzięczny za feedback od Was: czy tego typu teksty w ogóle Was interesują i czy chcielibyście widzieć więcej takich na Webstop? Czy również dla osób mniej technicznych (a one stanowią 50% czytelników Webstop, są to menedżerowie i właściciele biznesów webowych) ten tekst jest ciekawy i na tyle przystępnie napisany, że zrozumiały?</p>
<p>Jak wielu z Was zastanawia się nad tym, na ile istotna jest szybkość wyświetlania Waszej strony? Oczywiście każdy chciałby, żeby wyświetlała się szybciej, ale mało kto naprawdę się o to stara czy wręcz mierzy zmianę wyników finansowych w zależności od szybszego lub wolniejszego ładowania witryny. Ponadto większość z tych, którzy faktycznie zaprzątają sobie głowę wydajnością, podchodzi do problemu zupełnie nie od tej strony co trzeba.<span id="more-685"></span></p>
<p><strong>Pół sekundy warte miliard dolarów rocznie</strong></p>
<p><a href="http://highscalability.com/latency-everywhere-and-it-costs-you-sales-how-crush-it">Amazon zbadał</a>, że każde 100 milisekund opóźnienia w otwieraniu strony kosztuje ich 1% sprzedaży. <a href="http://glinden.blogspot.com/2006/11/marissa-mayer-at-web-20.html">Google odkryło</a>, że gdy zwiększyło liczbę wyników wyszukiwania wyświetlanych na stronie z 10 do 30, ruch oraz przychody z reklamy spadły o 20%. Taki był koszt dodatkowej pół sekundy ładowania strony z większą liczbą wyników (wzrost z 0,4 do 0,9 sekundy). Tak drobne ułamki sekund potrafią decydować o naprawdę wielkich pieniądzach. Prawdopodobnie prowadzicie mniejsze serwisy niż Amazon czy Google, więc w Waszym przypadku straty będą odpowiednio mniejsze, ale nie znaczy to, że nie powinniście o nich myśleć.</p>
<p><strong>Najczęściej nie chodzi o prędkość samej aplikacji</strong></p>
<p>Jeśli jednak utożsamiacie prędkość ładowania witryny z wydajnością Waszej aplikacji działającej po stronie serwera, to jesteście w sporym błędzie. W większości serwisów czas generowania samego kodu strony to zaledwie 10-30% czasu potrzebnego na jej wyświetlenie &#8211; i o ile Wasza aplikacja nie jest potwornie wolna, powinniście skupić się na zredukowaniu tych pozostałych 70-90%. Napiszę o tym więcej poniżej.</p>
<p>Walka z czasem ładowania strony może być ciężka i żmudna, czasami jednak świetne efekty można uzyskać stosunkowo prostymi i tanimi metodami. Dla przykładu warto uniezależnić czas ładowania Waszej witryny od innych witryn. Wszystkie widgety czy reklame pobierane z zewnątrz mogą spowolnić Wasz serwis.</p>
<p><strong>Case: Reklamy z zewnętrznego adservera</strong></p>
<p>W serwisie <a href="http://www.sportowefakty.pl/">SportoweFakty.pl</a>, który od niedawna współtworzę, od zawsze problemem były reklamy, których czas ładowania był często znacznie dłuższy niż czas otwierania samej strony. Jako że umieszczone są w różnych częściach witryny, ich powolność wstrzymywała wyświetlanie strony przez przeglądarkę. Reklamy serwowane są przez zewnętrzny adserver domu mediowego, więc nie mieliśmy wpływu na ich szybkość. W dodatku raz na jakiś czas (stosunkowo często) adserver łapał zadyszkę i trzeba było czekać na reklamy &#8211; oraz całą stronę &#8211; bardzo długo, czasem nawet do dziesięciu sekund.</p>
<p>Kilka prób wyświetlania kodów reklamowych dopiero po załadowaniu całej strony spełzło na niczym &#8211; adserver najwyraźniej miał zabezpieczenia przed tym, prawdopodobnie po to, żeby nie próbować go oszukać podmieniając kilkakrotnie reklamy w trakcie trwania jednej odsłony i uzyskując w ten sposób zawyżoną liczbę wyświetleń. Wystarczył jednak jeden mój telefon do domu mediowego, żeby okazało się, że mają też inny rodzaj kodów, który działa dokładnie tak jak chcemy &#8211; czeka na wyświetlenie całej strony włącznie z wszystkimi grafikami i dopiero potem ściąga i wyświetla reklamy. Zmieniliśmy kody na inne i korzystanie ze SportoweFakty.pl nagle stało znacznie bardziej przyjemne (pamiętajcie, że o ile większość z Was, czytających Webstop, prawdopodobnie używa adblocka, tak zdecydowana większość internautów go nie używa).</p>
<p>Jeśli korzystacie więc u siebie na stronie z jakichkolwiek elementów zewnętrznych, w szczególności kodów reklam lub innych skryptów JavaScript, które tworzą lub modyfikują elementy DOM (w związku z czym przeglądarka musi czekać na ich wykonanie zanim wyświetli stronę), postarajcie się ładować je dopiero po wyświetleniu strony. Jeśli nie potraficie tego zrobić lub jest to niemożliwe dla danego kodu, poproście dostawcę o kod działający w inny sposób. W naszym przypadku obniżyło to przeciętny czas wyświetlania strony o połowę.</p>
<p><strong>Co udało nam się osiągnąć</strong></p>
<p>To oczywiście tylko jeden z detali, ale bardzo dobry przykład na to, jak istotne mogą być rzeczy, o których nie zawsze się myśli w kontekście wydajności. W SportoweFakty.pl trochę czasu spędziliśmy nad tym, żeby szybko wyświetlać stronę &#8211; wciąż mamy sporo do zrobienia i wiem o dwóch wąskich gardłach, którymi jeszcze kiedyś się zajmiemy, ale to, co udało nam się dotychczas osiągnąć, jest dosyć zadowalające. Porównałem dziś nasz wynik do innych witryn sportowych: Onetu, WP, Interii, Gazety, o2 i 90minut.pl znajdujących się w <a href="http://www.internetstandard.pl/news/168052_2.html">megapanelu</a> wyżej od nas oraz pilkanozna.pl i sport24.pl będących poniżej. Użyłem <a href="http://tools.pingdom.com/default.asp?url=http%3a%2f%2fwww.sportowefakty.pl%2f&#038;id=466427">Full Page Test</a> udostępnianego przez Pingdom &#8211; bardzo dobrego narzędzia do takich zastosowań. Oto wyniki:</p>
<p><img src="http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/09/sportowefakty-szybkosc-ladowania2.png" alt="" title="sportowefakty-szybkosc-ladowania2" width="450" height="173" class="aligncenter size-medium wp-image-688" /></p>
<p>Testy powtórzyłem kilkakrotnie i wybrałem najczęściej powtarzające się rezultaty. Na tle firm znacznie większych i mających nieporównywalnie większe zasoby prezentujemy się całkiem nieźle (całe SportoweFakty.pl ze swoimi 20 mln odsłon miesięcznie obsługiwane są przez tylko jeden serwer. Skoro już jestem przy SportoweFakty.pl &#8211; znowu <a href="http://www.webstop.pl/2008/07/09/ogloszenie-szukam-myslacych-programistow-php-z-pasja/">szukam kolejnych programistów</a> do pracy przy serwisie. Jednego na stałe oraz kilku na okres 3 miesięcy).</p>
<p><strong>Liczy się czas ładowania grafik, CSS, JS</strong></p>
<p>To, co można zauważyć w tej tabelce, to że witryny z największą ilością osadzonych obiektów (obrazki, CSS, JavaScript, inne) mają też najdłuższe czasy ładowania strony. Zauważcie też, że wydajność samej aplikacji &#8211; czyli czas ładowania dokumentu głównego &#8211; wcale niekoniecznie musi znacząco wpływać na prędkość ładowania całej strony. Główny dokument sport.wp.pl jest generowany w 0,6 sekundy, podczas gdy na pozostałych ponad 150 obiektów czeka się kolejne 4,3 sekundy.</p>
<p>To są oczywiście czasy pobierania strony przez oprogramowanie Pingdom, które działa z zagranicznych serwerów &#8211; dla odwiedzających z Polski czasy będą nieco krótsze &#8211; ale większość testowanych serwisów hostowanych jest w Polsce (chyba tylko z wyjątkiem 90minut.pl), więc nie jest tak, że Pingdom do któregoś z nich miał bliżej niż do innych. W Polsce czasy mogą się nieco obniżyć, ale proporcjonalnie &#8211; bezwzględne wartości nie są tu aż tak istotne, jak stosunki między nimi.</p>
<p>W przypadku WP dochodzi jeszcze <a href="http://tools.pingdom.com/default.asp?url=http%3a%2f%2fsport.wp.pl%2f&#038;id=466431">przekierowanie</a>, od którego zaczyna się nasza wizyta w serwisie, a które trwa aż 0,7 sekundy! Dla porównania, podobne przekierowanie na sport.pl trwa 0,1 sekundy. W SportoweFakty.pl  przekierowujemy jeśli ktoś wpisze domenę sportowefakty.pl zamiast www.sportowefakty.pl &#8211; i trwa to również 0,1 sekundy. Zupełnie nie potrafię zrozumieć w jaki sposób można usprawiedliwić aż 0,7 sekundy na zwykłe przekierowanie. W WP prawdopodobnie nikt nawet nie zaprząta sobie głowy takimi detalami, ale jeśli każdy taki detal miałby kosztować choćby 0,5% przychodów, to w tak dużej firmie na pewno warto się tym zająć.</p>
<p><strong>Optymalizujcie tam, gdzie można osiągnąć największe efekty</strong></p>
<p>Z tego wszystkiego wynika jeden wniosek &#8211; zanim zabierzecie się za jakiekolwiek optymalizacje, sprawdźcie dokładnie, które obszary Waszego produktu najbardziej ich wymagają. Jeśli tylko 20% czasu ładowania strony przypada na generowanie kodu HTML, dlaczego koncentrowanych jest na nim 80% wysiłków optymalizacyjnych? Większość osób, jakie znam, koncentruje się głównie na wydajności aplikacji, zapominając o wszystkim tym, co dzieje się już po wygenerowaniu kodu HTML przez oprogramowanie. Ale podczas gdy skrócić jego generowanie z 0,6 do 0,5 sekundy może być trudno i może to zająć Wam sporo czasu, tak skrócić czas ładowania pozostałych obiektów z 3 do 2,5 sekund będzie Wam prawdopodobnie znacznie łatwiej. Skoro więc osiągnięcie pięciokrotnie większego zysku jest możliwe znacznie mniejszym kosztem, dlaczego tak mało osób o tym myśli? </p>
<p><strong>Zestaw dobrych praktyk</strong></p>
<p>Jest kilka dobrych praktyk, które stosunkowo niskimi kosztami pozwolą Wam osiągnąć wiele w optymalizacji czasu ładowania Waszej strony.</p>
<ul>
<li>Zacznijcie od przeanalizowania procesu ładowania Waszej strony narzędziem na przykład takim, jakie dostarcza <a href="http://tools.pingdom.com/">Pingdom</a>.</li>
<li>Używajcie lekkich, superszybkich serwerów www dla treści statycznych. Nasza-klasa, mimo iż aplikacja obsługiwana jest przez Apache, wszystkie media serwuje przez ultraszybki serwer nginx. W SportoweFakty.pl używamy równie szybkiego lighttpd. Nie jest dobrym pomysłem używanie do wyświetlania zdjęć zasobożernego i wielkiego Apache, z załadowanymi wszystkimi modułami pozwalającymi na robienie dziesiątek rzeczy, które przy wyświetlaniu plików statycznych nie są potrzebne.
<li>
       </li>
<p>Ograniczcie liczbę wywołań HTTP, czyli liczbę obiektów na Waszej stronie. Jeśli Wasza strona pobiera kilka lub wręcz kilkanaście plików CSS lub JS, spróbujcie połączyć je w kilka większych, a idealnie w jeden CSS i jeden JS. Możecie pomyśleć o ograniczeniu liczby ładowanych grafik używając <a href="http://alistapart.com/articles/sprites">CSS Sprites</a>.</li>
<li>Nie usprawiedliwiajcie się liczeniem na cache przeglądarki. Yahoo sprawdziło, że 40-60% odwiedzających ich strony <a href="http://yuiblog.com/blog/2007/01/04/performance-research-part-2/">przychodzi z pustym cache</a> &#8211; dlatego naprawdę warto ograniczyć liczbę wywołań HTTP.</li>
<li>Używajcie nagłówków Cache-Control, ustawiając czas cache&#8217;owania treści statycznych na &#8220;nieskończoność&#8221; &#8211; to trochę zwiększy liczbę odsłon, w których przeglądarki nie będą musiały pobierać obrazków. Pamiętajcie jednak, że wówczas każda zmiana obrazka na nowy musi się wiązać ze zmianą jego URL, inaczej nie zostanie odświeżony.</li>
<li>Używajcie wywołań typu GET zamiast POST dla zapytań AJAX. Tryb POST jest znacznie wolniejszy, gdyż wykonywany jest w dwóch krokach, z użyciem dwóch pakietów TCP.</li>
<li>To, co nie jest absolutnie niezbędne do natychmiastowego wyświetlenia, ładujcie dopiero po wyświetleniu całej strony (np. reklamy, niektóre obrazki, itp).</li>
<li>Używajcie rozsądnie cookies. Zawartość plików cookie jest wysyłana przez przeglądarkę za każdym razem, gdy pobiera ona coś z serwera. Przy każdej odsłonie, ale też i przy każdym pobraniu obrazka czy pliku CSS. Yahoo <a href="http://yuiblog.com/blog/2007/03/01/performance-research-part-3/">zbadało</a> opóźnienie ładowania strony w zależności od wielkości cookie. Przy 2 kB cookie testowy dokument ładował się o 50 milisekund wolniej. 0,05 sekundy nie robi dużego wrażenia, ale jeśli wziąć pod uwagę, że testowy dokument nie miał osadzonych żadnych dodatkowych obiektów, a przeciętna strona posiada od 50 do 100 osadzonych grafik, to łącznie opóźnienie spowodowane ciasteczkami może być naprawdę duże. Niewiele potrzeba wysiłku, żeby rozsądnie dobierać czas wygasania cookies oraz ich zasięg (np. żeby dane potrzebne jedynie na stronie głównej nie były niepotrzebnie wysyłane do każdego z podserwisów/subdomen witryny).</li>
<li>Używajcie osobnej subdomeny dla plików statycznych &#8211; w szczególności wszystkich obrazków. Nie tylko pozwoli to Wam uruchomić do jej obsługi osobny, superszybki serwer www, ale dzięki temu przy pobieraniu każdego z obrazków nie będą wysyłane wszystkie cookie, które pojedynczo opóźniają bardzo nieznacznie, ale przy kilkudziesięciu obrazkach na każdej stronie robi się z tego już zauważalna wartość (pamiętać musicie wtedy o odpowiednim ustawieniu zakresu cookie, żeby nie były wysyłane do wszystkich subdomen *.waszserwis.pl).</li>
</ul>
<p>Po jeszcze więcej dobrych praktyk odsyłam Was do <a href="http://developer.yahoo.com/performance/rules.html">Yahoo</a>, którego inżynierowie bardzo dużo napisali już na ten temat. Trochę ciekawych rzeczy znaleźć można też na <a href="http://yuiblog.com/">Yahoo UI Blog</a> &#8211; tam wśród wielu innych zagadnień związanych z UI pojawiają się też od czasu do czasu tematy związane z jego wydajnością.</p>
<p>Oczywiście nie chodzi o to, żeby stosować się do wszystkich zalecanych praktyk. Zidentyfikujcie te, które w Waszym przypadku pozwolą na największy zysk najniższymi kosztami i zacznijcie od nich. Nie zawsze też w ogóle będzie warto inwestować czas w takie praktyki. Jeśli jednak macie stosunkowo spory ruch albo jeśli zależy Wam na jak najszybszym doganianiu konkurencji, każde 3% więcej przychodów lub ruchu będzie dla Was warte wysiłku. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2008/09/26/ile-kosztuje-cie-wole-dzialanie-strony-oraz-dlaczego-wiekszosc-ludzi-optymalizuje-nie-to-co-potrzeba/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>30</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Google Trends pokazuje ile ruchu Google wysyła do poszczególnych witryn (uaktualnienie)</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2008/06/20/google-trends-pokazuje-ile-ruchu-wysyla-do-poszczegolnych-witryn/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2008/06/20/google-trends-pokazuje-ile-ruchu-wysyla-do-poszczegolnych-witryn/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Jun 2008 19:05:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[Alexa]]></category>
		<category><![CDATA[BlizejSlonca.pl]]></category>
		<category><![CDATA[Compete.com]]></category>
		<category><![CDATA[comScore]]></category>
		<category><![CDATA[Google]]></category>
		<category><![CDATA[Google Trends]]></category>
		<category><![CDATA[Hitwise]]></category>
		<category><![CDATA[holidaycheck.pl]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>
		<category><![CDATA[Quantcast]]></category>
		<category><![CDATA[statystyki]]></category>
		<category><![CDATA[TraveliGo]]></category>
		<category><![CDATA[Travelplanet]]></category>
		<category><![CDATA[turystyka]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>
		<category><![CDATA[Wakacje.pl]]></category>
		<category><![CDATA[wyszukiwarki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/?p=528</guid>
		<description><![CDATA[Nową, ciekawą funkcjonalność wprowadziło dzisiaj Google Trends. Dotychczas usługa pozwalała sprawdzić popularność słów kluczowych &#8211; od dzisiaj można wyszukiwać również adresy stron żeby sprawdzić, jak zmienia się ruch dostarczany do tych stron przez wyszukiwarkę Google.
Podobnie jak w przypadku słów kluczowych, Google Trends nie publikuje wartości bezwzględnych (ilości wyszukań lub wizyt na strony), ale pozwala porównać [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/06/3716076295-en-logo_sm.gif" alt="" title="google trends" width="150" height="55" class="alignleft size-thumbnail wp-image-527" />Nową, ciekawą funkcjonalność wprowadziło dzisiaj <a href="http://trends.google.com">Google Trends</a>. Dotychczas usługa pozwalała sprawdzić popularność słów kluczowych &#8211; od dzisiaj można wyszukiwać również adresy stron żeby sprawdzić, jak zmienia się ruch dostarczany do tych stron przez wyszukiwarkę Google.</p>
<p>Podobnie jak w przypadku słów kluczowych, Google Trends nie publikuje wartości bezwzględnych (ilości wyszukań lub wizyt na strony), ale pozwala porównać kilka witryn i sprawdzić, jak ich SEO funkcjonuje na tle konkurencji. To może być dosyć ciekawe narzędzie.</p>
<p>Dla przykładu, jako że zaczyna się sezon urlopowy, wpisałem adresy kilku popularnych polskich serwisów sprzedających wycieczki turystyczne:<span id="more-528"></span> <a href="http://www.travelplanet.pl/">Travelplanet</a>, <a href="http://www.wakacje.pl/">Wakacje.pl</a>, <a href="http://traveligo.pl/">TraveliGo</a>, <a href="http://www.holidaycheck.pl/">holidaycheck.pl</a> i <a href="http://blizejslonca.pl">Bliżej Słońca</a>.</p>
<p><a href='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/06/google-trends-travel-sites.png'><img src="http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/06/google-trends-travel-sites-487x500.png" alt="" title="google-trends-travel-sites" width="487" height="500" class="aligncenter size-medium wp-image-529" /></a></p>
<p>Na podstawie wykresu można stwierdzić, która z witryn uzyskuje najwięcej ruchu z Google, a w informacjach poniżej sprawdzić, <s>z jakich słów kluczowych użytkownicy trafiali na te witryny</s> jakich słów kluczowych poszukiały osoby trafiające na te witryny. Dla przykładu osoby zainteresowane dalszymi destynacjami &#8211; Dominikaną i Malediwami &#8211; trafiały prawie wyłącznie na Travelplanet, podczas gdy w innych kierunkach, np. Tunezji, ruch był jako tako rozłożony.</p>
<p>Ta nowa funkcjonalność na pewno zainteresuje wiele osób, podobnie jak wprowadzona już tydzień temu możliwość eksportu szczegółowych danych z Google Trends.</p>
<p><strong>Uaktualnienie:</strong> Google jednak idzie o krok dalej. Google Trends dla witryn pokazuje nie tylko dane dotyczące ruchu z Google &#8211; stara się odwzorować popularność danej witryny miksując dane z różnych źródeł. To pozycjonuje Google jako konkurencję dla usług takich jak <a href="http://www.alexa.com/">Alexa</a>, <a href="http://www.compete.com/">Compete</a> czy <a href="http://www.quantcast.com/">Quantcast</a> oraz w mniejszym stopniu <a href="http://www.comscore.com/">comScore</a> i <a href="http://www.hitwise.com/">Hitwise</a>.</p>
<p>Znając sposób powstawania produktów w Google, ciężko stwierdzić na ile firma faktycznie chce wejść na ten rynek. To może być po prostu drobna rzecz, która powstała w wyniku poświęcania 20% czasu pracowników na własne pomysły i nie rozwinąć się w przyszłości. Jeśli jednak Google ma zamiar tę funkcjonalność rozwijać i wejść w kompetencje Alexy, możemy zyskać nowy, ciekawy ranking i sposób porównywania popularności witryn, być może bardziej miarodajny niż Alexa &#8211; w gromadzeniu i analizowaniu danych kto jak kto ale inżynierowie Google nie mają sobie równych.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2008/06/20/google-trends-pokazuje-ile-ruchu-wysyla-do-poszczegolnych-witryn/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zarządzanie kryzysowe w obliczu katastrofy: The Planet, Twitter</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2008/06/06/zarzadzanie-kryzysowe-w-obliczu-katastrofy-the-planet-twitter/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2008/06/06/zarzadzanie-kryzysowe-w-obliczu-katastrofy-the-planet-twitter/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Jun 2008 13:42:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[infrastruktura]]></category>
		<category><![CDATA[mikroblogi]]></category>
		<category><![CDATA[The Planet]]></category>
		<category><![CDATA[Twitter]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2008/06/06/zarzadzanie-kryzysowe-w-obliczu-katastrofy-the-planet-twitter/</guid>
		<description><![CDATA[ Podstawowymi zasadami zarządzania kryzysowego jest przewidzieć, zapobiegać, przygotować się, ale jeśli już zdarzy się katastrofa, wówczas sprawnie reagować. Reagowanie to nie tylko odbudowa, ale również sprawna komunikacja, a tym wykazało się w ostatni weekend The Planet.
The Planet to jedna z największych na świecie firm oferujących hosting serwerów dedykowanych. W swoich sześciu serwerowniach w Teksasie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/06/theplanet1.gif' alt='theplanet1.gif' style="margin: 0px 10px 10px 0px;" align="left" /> Podstawowymi zasadami zarządzania kryzysowego jest przewidzieć, zapobiegać, przygotować się, ale jeśli już zdarzy się katastrofa, wówczas sprawnie reagować. Reagowanie to nie tylko odbudowa, ale również sprawna komunikacja, a tym wykazało się w ostatni weekend <a href="http://www.theplanet.com/">The Planet</a>.</p>
<p>The Planet to jedna z największych na świecie firm oferujących hosting serwerów dedykowanych. W swoich sześciu serwerowniach w Teksasie utrzymuje prawie 50 tys. serwerów, na których klienci firmy utrzymują ponad 3 miliony witryn. W ostatni weekend w jednej z serwerowni miała miejsce poważna eksplozja oraz pożar instalacji zasilających, w wyniku czego kompletnie odcięto zasilanie w jednej z data center, w której znajduje się 9 tys. serwerów. <span id="more-480"></span>Pożar został błyskawicznie opanowany i żaden z serwerów nie ucierpiał, jednak sytuacja była bardzo poważna &#8211; zniszczeniu uległa znaczna część infrastruktury zasilającej. Jak się później okazało, przerwa w działaniu serwerowni trwała ponad dobę. Ponowny rozruch tak dużego obiektu jest wbrew pozorom procesem skomplikowanym &#8211; nie wystarczy naprawić uszkodzenia i przetestować wszystkie podsystemy, przed włączeniem 9 tys. maszyn należy jeszcze ponownie schłodzić pomieszczenia o ogromnej przecież kubaturze, i tak dalej.</p>
<p><strong>Po pierwsze: komunikacja</strong></p>
<p>Firma już od pierwszych minut zaczęła informować klientów o przebiegu sytuacji &#8211; założono odpowiedni wątek <a href="http://forums.theplanet.com/index.php?showtopic=90185">na forum</a> a wkrótce potem uruchomiono również specjalną <a href="http://service-update.theplanet.com/">stronę ze statusem</a>, gdzie regularnie informowano o postępach &#8211; na początku nawet co pół godziny.</p>
<p>O ile wielu z klientów rwało włosy z głowy i wieszało psy na usługodawcy, to na pewno nie mogli narzekać na brak informacji. Jeśli można sobie wyobrazić coś gorszego od zupełnego zniknięcia Twoich serwerów, to jest nim chyba ich zniknięcie przy Twoim braku wiedzy co się z nimi stało. The Planet zachowało się w tej sytuacji znakomicie.</p>
<p><strong>Po drugie: naprawianie szkód</strong></p>
<p>Gdy tylko sytuacja została opanowana, The Planet zapowiedziało refundację całego miesięcznego abonamentu dla wszystkich serwerów, które były niedostępne z powodu awarii. To oczywiście nie naprawi szkód klientów, których biznesy z powodu trwającej ponad dobę przerwy mogły stracić znacznie więcej niż miesięczna opłata za serwer &#8211; ale mowa tu o naprawianiu szkód jakie ponosi The Planet.</p>
<p>W ramach naprawiania tych szkód, zaoferowali też klientom, którzy ucierpieli, dodatkowo jeszcze jeden darmowy miesiąc (grudzień 2008) oraz zniżkę 25% na wszystkie nowe nowo zamawiane serwery od teraz aż do końca roku. Zniżka &#8211; tak jak i wszystkie promocje w The Planet &#8211; obowiązywać będzie dożywotnio, czyli wystarczy w tym okresie zamówić serwer, a 25% niższy abonament pozostanie wraz z nim już na zawsze, nie tylko do końca roku.</p>
<p><strong>Zwiększanie zaangażowania klientów zamiast ich ucieczki</strong></p>
<p>To sprytny ruch, który na pewno choć trochę pomoże zahamować odpływ niezadowolonych klientów. Jeśli czyjeś ciśnienie w trakcie niedawnej awarii było na tyle wysokie, że planował już przejście do konkurencji, to mając w perspektywie darmowy miesiąc oraz rabat na nowe serwery, być może jednak zostanie. Haczyk polega na tym, że żeby zrealizować ten darmowy miesiąc trzeba pozostać z The Planet do grudnia &#8211; a jeśli ktoś do tego czasu nie przejdzie do konkurencji to już tego nie zrobi (przynajmniej nie z powodu awarii z przełomu maja i czerwca).</p>
<p>Rabat na nowe serwery również jest przynętą na zwiększenie zaangażowania klientów. Nawet jeśli przeszła Ci przez głowę myśl o wyprowadzce z The Planet, to być może połakomisz się na apetyczny rabat, a jeśli z niego skorzystasz to rzecz jasna wpadłeś już na dobre &#8211; zamiast zabrać swoje serwery Ty kupiłeś ich jeszcze więcej.</p>
<p>Te wszystkie działania &#8211; wzorowa komunikacja już od pierwszych minut awarii, bonusy i rabaty dla poszkodowanych klientów &#8211; nie naprawią może w dużym stopniu szkód jakich doznała reputacja The Planet, ale na pewno mocno wpłyną na zminimalizowanie odpływu klientów.</p>
<p><strong>Jeszcze o The Planet</strong></p>
<p>Swoją drogą ja korzystam z The Planet już jakieś pięć lat i jestem z ich usług zadowolony. Niech ta gigantyczna awaria i równie kolosalna przerwa w działaniu (choć oczywiście nie wszystkich, tylko około 20% serwerów obsługiwanych przez firmę, niestety dotyczyło to też jednej z moich maszyn) Was nie zrazi. Z moich doświadczeń i z monitoringu serwerów hostowanych u nich wynika, że jak dotąd, przez te wszystkie lata, działali powyżej progu 99,9% dostępności, co przy ich cenach stawia ich w moich oczach na pierwszej pozycji wśród serwerowni w tej kategorii cenowej (raczej budżetowych).</p>
<p><strong>Twitter wreszcie komunikje</strong></p>
<p>Zmieńmy trochę temat, choć wciąż na pokrewny. Ulubionym tematem w maju na anglojęzycznych blogach branżowych były problemy Twittera, który &#8220;częściej był offline niż online&#8221;. Problemy z utrzymaniem funkcjonowania serwisu były spore, a przerwy w działaniu częste. Użytkowników denerwowało zwłaszcza to, że nigdy nie wiedzieli co się dzieje. Czy jest to znów przerwa dziesięciominutowa czy ponownie będzie dwugodzinna? Jeśli używasz serwisu jako narzędzia komunikacji, to chciałbyś takie rzeczy wiedzieć. A jeśli jesteś od niego uzależniony, to tym bardziej chciałbyś wiedzieć.</p>
<p>W efekcie narzekań roznoszących się po sieci, Twitter wreszcie uruchomił <a href="http://status.twitter.com/">stronę statusu</a>, na której od niedawna informuje o wszelkich problemach. Użytkownicy dzięki temu po prostu czują się lepiej &#8211; wiedzą co się dzieje, w pewien sposób uczestniczą w tym wszystkim, a czasami również znają przewidywany czas usunięcia problemów.</p>
<p>Grześka z Antyweb <a href="http://antyweb.pl/twitter-bedzie-informowal-o-przerwach-w-dzialaniu-dzieki-konkurencji/">dziwi</a>, że Twitter do stworzenia strony statusu użył produktu konkurencji (Tumblr) &#8211; ale Twitter zrobił to właśnie tak, jak należałoby to zrobić. Zaiste specjalny profil na Twitterze mógłby kiepsko spełniać rolę informowania o awariach w trakcie trwania owych.</p>
<p><strong>Strona statusu dla startupu</strong></p>
<p>Myślę, że dobrą praktyką jest, żeby każdy startup webowy posiadał taką stronę statusu, na przykład w formie bloga lub minibloga. Jeśli macie wystarczające zasoby, żeby tak jak nawiększe serwisy na rynku, zapewnić dostępność powyżej 99,9%, to możecie się obejść bez tego &#8211; ale jeśli zdarzają się Wam przestoje albo jeśli posiadacie Single Point of Failure (np. jeden jedyny serwer dedykowany, który zazwyczaj działa, ale w przypadku pożaru w serwerowni może zniknąć na dobę), warto zadbać o to, żeby użytkownicy nie trwali w niewiedzy w obliczu awarii.</p>
<p>Uruchomcie w tym celu specjalnego bloga lub minibloga i adres do niego dodajcie do stopki serwisu. Koniecznie niech będzie zupełnie niezależny od Waszej witryny. Nie umieszczajcie go na swoim serwerze ani nawet u tego samego dostawcy. Niech to będzie nawet któraś z powszechnie dostępnych platform blogowych typu <a href="https://www.blogger.com/">Blogger</a> czy <a href="http://www.blox.pl">Blox</a>, albo miniblogowy jak <a href="http://www.tumblr.com/">Tumblr</a> &#8211; dzięki temu jest wysoce prawdopodobne, że będzie dostępny nawet wówczas, gdy z Waszą witryną będą się dziać najstraszniejsze rzeczy.</p>
<p><strong>Dobra praktyka rzadko stosowana</strong></p>
<p>A teraz konkurs bez nagród. Czy znacie jakieś polskie witryny, które coś podobnego stosują?</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2008/06/06/zarzadzanie-kryzysowe-w-obliczu-katastrofy-the-planet-twitter/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak działa Feedburner &#8211; jak interpretować jego licznik</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2008/06/03/jak-dziala-feedburner-jak-interpretowac-jego-licznik/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2008/06/03/jak-dziala-feedburner-jak-interpretowac-jego-licznik/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 02 Jun 2008 22:15:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[Feedburner]]></category>
		<category><![CDATA[FeedCompare]]></category>
		<category><![CDATA[RSS]]></category>
		<category><![CDATA[statystyki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2008/06/03/jak-dziala-feedburner-jak-interpretowac-jego-licznik/</guid>
		<description><![CDATA[ Przy okazji bardzo fajnego serwisu Feed Compare, pozwalającego porównać wykresy popularności feedów smażonych przez FeedBurner (przeczytacie o nim więcej na AntyWeb) znów kilka osób pytało o dziwne ich zdaniem wyniki pokazywane przez FeedBurner. Ciężko byłoby mi zliczyć przypadki, gdy pytany tłumaczyłem komuś jak działają statystyki tego serwisu &#8211; na pewno było ich kilkadziesiąt i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/06/feedburner.png' alt='feedburner.png' style="margin: 0px 0px 10px 10px;" align="right" /> Przy okazji bardzo fajnego serwisu <a href="http://Feedcompare.com/">Feed Compare</a>, pozwalającego porównać wykresy popularności feedów smażonych przez <a href="http://www.feedburner.com/">FeedBurner</a> (przeczytacie o nim więcej <a href="http://antyweb.pl/feedcomparecom-czyli-alexa-na-bazie-rss-ow/">na AntyWeb</a>) znów kilka osób pytało o dziwne ich zdaniem wyniki pokazywane przez FeedBurner. Ciężko byłoby mi zliczyć przypadki, gdy pytany tłumaczyłem komuś jak działają statystyki tego serwisu &#8211; na pewno było ich kilkadziesiąt i dziś z okazji Feed Compare znów kilka. Myślę więc, że warto poświęcić temu krótką notkę na blogu.<span id="more-454"></span></p>
<p>Pytanie o to padło też w <a href="http://antyweb.pl/feedcomparecom-czyli-alexa-na-bazie-rss-ow/#comment-42096">komentarzach</a> do wspomnianego artykułu na AntyWeb:</p>
<blockquote><p>Pytanie tylko jest takie, na ile dobrym źródłem jest FeedBurner. Nie wiem w sumie z czego to wynika, ale mnie np. potrafi w zasadzie z dnia na dzień pokazać różnice na poziomie nawet ~100 osób…<br />
<strong>Paweł Opydo, Techkultura.com</strong></p></blockquote>
<p>Typowy błąd polega na niezrozumieniu statystyk, jakie podaje FeedBurner. Nie podaje on liczby osób, które mają dany kanał dodany do listy subskrybowanych feedów w czytniku, bo to jest fizycznie niemożliwe do policzenia. <strong>FeedBurner podaje liczbę unikalnych użytkowników, którzy danego dnia pobierali zawartość kanału RSS</strong>. Nikogo nie dziwi, że liczba odwiedzin na stronie waha się w zależności od dnia &#8211; nie powinna więc dziwić również liczba osób pobierających RSS.</p>
<p>Jeśli danego dnia nie włączasz komputera i nie pobierasz kanałów, nie jesteś liczony w FeedBurnerze &#8211; tak samo jak nie odwiedzając konkretnego dnia jakiejś witryny nie jesteś liczony w jej liczbie wizyt tego dnia, mimo iż możesz być jej stałym czytelnikiem. FeedBurner nie pokazuje liczby czytelników (subskrybentów) &#8211; pokazuje liczbę &#8220;unikalnych wizyt&#8221; w feedzie RSS danego dnia &#8211; liczbę osób, które danego dnia pobrały RSS. Dlatego wyniki z dnia na dzień różnią się nawet o kilkanaście-kilkadziesiąt procent &#8211; i nie ma w tym nic dziwnego, to jak najbardziej naturalne. Dlatego też bardzo wyraźne są cykle tygodniowe &#8211; w weekendy mniej osób pobiera nasze feedy, bo mniej osób korzysta z komputera.</p>
<p>Spójrzcie na ten <a href="http://www.FeedCompare.com/?feed1=antyweb&#038;feed2=yashke&#038;feed3=przystanekweb&#038;feed4=obee&#038;months=12">wykres z FeedCompare</a>:</p>
<p><center><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/06/feedcompare-pl-tech-blogs.png' alt='feedcompare-pl-tech-blogs.png' /></center></p>
<p>Widać codzienne zmiany w liczbie osób pobierających feedy, widać też wyraźne cykle tygodniowe. Widać też kilka dużych, jednodniowych spadków, po których wszystko wraca do normy. Cóż to takiego? To dni, kiedy któryś z popularnych agregatorów RSS (Google Reader, Netvibes, itp) nie działa &#8211; wówczas liczba osób, które pobierają nasze feedy drastycznie spada, bo znaczna część z nich nie ma ich jak pobrać &#8211; ich narzędzie chwilowo nie działa. Na drugi dzień agregator znów działa i liczba osób pobierających feed wraca do normy.</p>
<p>Mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie jasne. Codzienne wahania licznika FeedBurnera to rzecz jak najbardziej poprawna i naturalna.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2008/06/03/jak-dziala-feedburner-jak-interpretowac-jego-licznik/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>6</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Model biznesowy uciekającego rabatu &#8211; Poradniki Apple OS X</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2008/05/29/model-biznesowy-uciekajacego-rabatu-poradniki-apple-os-x/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2008/05/29/model-biznesowy-uciekajacego-rabatu-poradniki-apple-os-x/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 29 May 2008 16:12:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[Apple]]></category>
		<category><![CDATA[książki]]></category>
		<category><![CDATA[mac]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2008/05/29/model-biznesowy-uciekajacego-rabatu-poradniki-apple-os-x/</guid>
		<description><![CDATA[ W listopadzie rozmawiałem z Pawłem Nowakiem, autorem Poradników dla początkujących użytkowników Apple OS X, o wydaniu papierowej książki. Paweł sprzedawał  wówczas (z sukcesem) swoje poradniki w postaci ebooka i w związku z premierą nowej wersji systemu operacyjnego Apple przygotowywał nowe wydanie poradników. Tym razem chciał je wydać jako normalną, papierową książkę i tu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/05/okadka.png' alt='okadka.png' style="margin: 0px 0px 10px 10px;" align="right" /> W listopadzie rozmawiałem z Pawłem Nowakiem, autorem <a href="http://www.appleblog.pl/poradniki/przedsprzedaz/">Poradników dla początkujących</a> użytkowników Apple OS X, o wydaniu papierowej książki. Paweł sprzedawał  wówczas (z sukcesem) swoje poradniki w postaci ebooka i w związku z premierą nowej wersji systemu operacyjnego Apple przygotowywał nowe wydanie poradników. Tym razem chciał je wydać jako normalną, papierową książkę i tu pojawił się problem w postaci sfinansowania powstania książki, w szczególności druku. Zaproponowałem, że skontaktuję Pawła z firmami, które wydają podobne książki, ale Paweł chciał wydać tę książkę samodzielnie. Chodziło mu nie tylko o większe zyski, które jako jedynie autor miałby w klasycznym modelu mocno ograniczone, ale też o nowe doświadczenia przy samodzielnym wydaniu i pozyskaniu kanałów dystrybucji książki.<span id="more-449"></span></p>
<p><strong>Model biznesowy uciekającej przedsprzedaży</strong></p>
<p>Podpowiedziałem więc Pawłowi model, w którym sfinansowałby wydanie z przedsprzedaży nie wydrukowanej jeszcze książki, bez inwestowania własnych pieniędzy. Model kontrowersyjny, ale biorąc pod uwagę, że Poradniki miały już pewną renomę jako poprzednie, elektroniczne wydanie, oraz że Paweł jest autorem <a href="http://appleblog.pl/">Apple Blog</a>, bloga bardzo popularnego wśród użytkowników maków &#8211; nie wydawało mi się to zbyt ryzykowne.</p>
<p>Plan polegał na tym, żeby kilkaset egzemplarzy zaoferować w przedsprzedaży, premiując sporym rabatem osoby, które zdecydują się zapłacić za książkę na wiele tygodni przed jej otrzymaniem. Pierwszych kilkadziesiąt egzemplarzy miało mieć 50% zniżki, kolejnych 45%, potem 40% i tak co pięć procent aż do 30% lub 25%. Dla każdego kolejnego poziomu rabatu pula książek miała być większa, czyli więcej książek było z rabatem 30%, trochę mniej 40%, a najmniej 50%. Liczba przedsprzedawanych egzemplarzy miała być tak obliczona, żeby sfinansować druk &#8211; w momencie sprzedania całej puli można byłoby więc od razu wysłać zamówienie do drukarni, egzemplarze przedsprzedażowe pokryłyby więc pełny koszt wydania książki, a wszystkie przychody z poradników sprzedanych w normalny sposób byłyby już czystem zyskiem Pawła.</p>
<p>Dzisiaj, kilka miesięcy później, poradniki są już w druku i za miesiąc powinny znaleźć się na sklepowych półkach. Paweł w międzyczasie pozyskał inwestora, który sfinansował wydanie książki, nie musiał więc gromadzić środków z przedsprzedaży. Był jednak ciekawy czy ten model mógłby zadziałać, postanowił więc dla testu uruchomić przedsprzedaż niewielkiej ilości, 100 egzemplarzy książki. Napisał dziś do mnie maila, w którym pisze:</p>
<blockquote><p>Chciałem jednak sprawdzić jak się spisze model jaki zaproponowałeś (rosnąca stawka) i  muszę przyznać, że jest bardzo fajny :) Wystawiłem w przedsprzedaży tylko 100 sztuk Poradników i ustaliłem 4 rosnące progi cenowe: 25, 30, 35 i 40zł. Pierwszy minął po 10, drugi po kolejnych 20, potem po kolejnych 30 i ostatni po 40 Poradnikach.</p>
<p>Tylko wczoraj poszło ponad 50 sztuk, więc muszę przyznać, że sukces :) Myślę, że do dnia  wydania wszystkie 100 z przedsprzedaży zniknie.</p>
<p><strong>Paweł Nowak</strong></p></blockquote>
<p>W ciągu jednego dnia rozeszła się połowa puli przeznaczonej do przedsprzedaży i można spodziewać się, że pozostała część również sprzeda się dość szybko. Oczywiście wraz ze wzrostem ilości sprzedanych książek rośnie cena, mniejsza jest więc oszczędność kupujących, ale z drugiej strony maleje też czas przez jaki będą musieli oczekiwać. &#8220;Uciekający&#8221; rabat praktycznie na każdym poziomie jest zachęcający do zakupu, bo w każdym przypadku już za chwilę, po sprzedaniu kilku kolejnych egzemplarzy, cena będzie wyższa (mniejszy rabat lub po prostu jego brak po zakończeniu przedsprzedaży).</p>
<p>Myślę, że gdyby Paweł zdecydował się sfinansować druk książki dzięki przedsprzedaży, nie miałby z tym większego problemu i zgromadziłby potrzebne środki w dwa lub trzy miesiące. Oczywiście musiałby sprzedać nieco więcej niż sto sztuk, ale mieliśmy w zanadrzu jeszcze dodatkowe bonusy żeby wspomóc przedsprzedaż.</p>
<p><strong>Szukaj inspiracji wszędzie</strong></p>
<p>Możliwości finansowania projektów są bardzo różne, jeśli tylko jesteś otwarty i kreatywny &#8211; inspiracja dla uciekającej przedsprzedaży jako finansowania książki pochodzi gdzieś ze skrzyżowania <a href="http://www.webstop.pl/2007/08/27/user-generated-equity-zainwestuj-w-muzyke-lub-klub-futbolowy/">Sellaband</a> z modelem sprzedaży biletów przez tanie linie lotnicze. Jak widać w niektórych przypadkach można pozyskać finansowanie wprost od swoich klientów i to jeszcze przed rozpoczęciem jakiejkolwiek produkcji. </p>
<p><strong>Apple OS X Leopard &#8211; Poradniki dla początkujących</strong></p>
<p>Wydając książkę samodzielnie, Paweł musiał zatroszczyć się nie tylko o jej druk, ale też o kanały sprzedaży. Książkę będzie można kupić nie tylko w księgarniach online, ale też w niektórych sklepach sprzedajcych komputery Apple &#8211; to na pewno trafny ruch. Wciąż jeszcze można skorzystać z <a href="http://www.appleblog.pl/poradniki/przedsprzedaz/">niższej ceny w przedsprzedaży</a>. Część z Was może to zainteresuje, bo wśród czytelników Webstop jest wielu użytkowników maków (13% uczestniczących w niedawnym badaniu używa najczęściej OS X) i prawdopodobnie jeszcze więcej jest takich, którzy szykują się do przejścia na maki &#8211; to ostatnio bardzo popularne komputery w naszej branży. Jeśli spojrzeć na notebooki, jakie przynosicie na spotkania typu Barcamp czy Grill IT, to 30-50% z nich pochodzi od Apple (a w takim Londynie na <a href="http://www.webstop.pl/2007/10/03/future-of-web-apps-rozmowa-arringtona-i-malika/">FOWA</a> wręcz około 80%).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2008/05/29/model-biznesowy-uciekajacego-rabatu-poradniki-apple-os-x/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Statystyki kłamią, czyli ilu TechCrunch ma prawdziwych subskrybentów RSS</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2008/04/18/statystyki-klamia-czyli-ilu-techcrunch-ma-prawdziwych-subskrybentow-rss/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2008/04/18/statystyki-klamia-czyli-ilu-techcrunch-ma-prawdziwych-subskrybentow-rss/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 18 Apr 2008 20:45:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[blogi]]></category>
		<category><![CDATA[Feedburner]]></category>
		<category><![CDATA[RSS]]></category>
		<category><![CDATA[statystyki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2008/04/18/statystyki-klamia-czyli-ilu-techcrunch-ma-prawdziwych-subskrybentow-rss/</guid>
		<description><![CDATA[Znacie to powiedzenie, że jest kłamstwo, wielkie kłamstwo i statystyka? Brad Feld kilka dni temu zwrócił uwagę na to jak niewiele mogą być warte dane popularnego FeedBurnera zliczającego czytelników kanałów RSS &#8211; przynajmniej jeśli chodzi o statystyki najpopularniejszych blogów.
Licznik FeedBurnera na blogu Brada pokazuje imponującą liczbę 117 tysięcy subskrybentów. Brad jednak opisał to co widzi [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/04/200.png' alt='200.png' style="margin-bottom: 10px;" align="right" />Znacie to powiedzenie, że jest kłamstwo, wielkie kłamstwo i statystyka? Brad Feld kilka dni temu zwrócił uwagę na to jak <a href="http://www.feld.com/blog/archives/2008/04/your_analytics.html">niewiele mogą być warte</a> dane popularnego <a href="http://www.feedburner.com/">FeedBurnera</a> zliczającego czytelników kanałów RSS &#8211; przynajmniej jeśli chodzi o statystyki najpopularniejszych blogów.</p>
<p>Licznik FeedBurnera na blogu Brada pokazuje imponującą liczbę 117 tysięcy subskrybentów. Brad jednak opisał to co widzi w szczegółowych statystykach feedu (dostępnych tylko dla niego) &#8211; otóż 99 tysięcy z nich korzysta z czytnika RSS o nazwie BlogRovR, który wcale nie jest popularnym narzędziem, ale który w domyślnie zasubskrybowanych feedach każdemu nowemu użytkownikowi umieszcza blog Felda. Część użytkowników BlogRovR pewnie czyta notki Felda, ale większość zapewne nie &#8211; a jeśli odjąć ich od liczby wszystkich czytelników, zostaje raptem 18 tysięcy osób, które własnoręcznie i świadomie zasubskrybowały blog &#8211; 6.5x mniej niż na liczniku.<span id="more-325"></span></p>
<p><center><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2008/04/feeds-podium.png' alt='feeds-podium.png' /></center></p>
<p>Jeśli więc zastanawiacie się ilu tak naprawdę czytelników mają najpopularniejsze blogi np. technologiczne, to odpowiedź jest poza Waszym zasięgiem. Możecie jednak być pewni, że znacznie mniej niż na licznikach, bo w wielu czytnikach ich kanały są albo domyślnie zasubskrybowane albo gotowe do dodania jednym kliknięciem jako rekomendowane feedy. Ale polskich blogów to raczej nie dotyczy, bo niewiele jest chyba popularnych rodzimych czytników RSS.</p>
<p>Problem wiarygodności statystyk to ogólnie temat rzeka. Zwłaszcza ostatnio, kiedy do odwiecznych problemów (np. różne algorytmy używane przez różne produkty mierzące oglądalność) dołączyła kwestia znacznie większej ilości sposobów korzystania z serwisów. Wspomnieć można choćby problemy z mierzeniem oglądalności widgetów osadzanych na zewnątrz serwisów czy usługi takie jak <a href="http://www.twitter.com">Twitter</a> lub <a href="http://www.blip.pl">Blip</a> &#8211; w przypadku obu tych serwisów strona WWW odpowiada jedynie za około 50% ruchu, druga połowa to wszelkie inne sposoby dostępu, jak na przykład wiadomości SMS czy rozmaite aplikacje korzystające z API. Tego użycia nie zmierzy żadne Google Analytics ani żadna Alexa.</p>
<p>Jeśli więc patrzycie na jakiekolwiek statystyki, traktujcie je z ostrożnością &#8211; przynajmniej jeśli nie wiecie i nie rozumiecie dokładnie jak działają i co może mieć na nie wpływ.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2008/04/18/statystyki-klamia-czyli-ilu-techcrunch-ma-prawdziwych-subskrybentow-rss/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak NIE należy robić PR serwisu webowego</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2008/03/20/jak-nie-nalezy-robic-pr-serwisu-webowego/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2008/03/20/jak-nie-nalezy-robic-pr-serwisu-webowego/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 Mar 2008 13:59:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[Comperia.pl]]></category>
		<category><![CDATA[Polska]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2008/03/20/jak-nie-nalezy-robic-pr-serwisu-webowego/</guid>
		<description><![CDATA[Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak robić buzz wokół nowego serwisu webowego, to podpatrzcie chłopaków z netguru, którzy robią tyle szumu o swoim serwisie Flaker, że można go mieć nawet czasem dość &#8211; ale trzeba przyznać, że skutecznie, bo w końcu nawet ja się tam zarejestrowałem.
Ale dziś Wam napiszę o tym, jak nie należy robić PR. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak robić buzz wokół nowego serwisu webowego, to podpatrzcie chłopaków z netguru, którzy robią tyle szumu o swoim serwisie <a href="http://flaker.pl/">Flaker</a>, że można go mieć nawet czasem dość &#8211; ale trzeba przyznać, że skutecznie, bo w końcu nawet ja się tam zarejestrowałem.</p>
<p>Ale dziś Wam napiszę o tym, jak nie należy robić PR. Napiszę Wam o informacjach prasowych serwisu <a href="http://www.comperia.pl/">Comperia</a>, które wysyłane są w ich imieniu przez agencję Point of View. W marcu otrzymałem trzy takie maile, a więc po kolei:<span id="more-197"></span></p>
<p><strong>Początek marca: Copmeria</strong><br />
Mail z informacją o oficjalnym starcie serwisu zawierał błąd w nazwie/adresie serwisu już w pierwszej linijce. &#8220;Dziś oficjalnie wystartowała pierwsza polska porównywarka finansowa, <strong>Copmeria.pl</strong>&#8220;. Zaiste pełen profesjonalizm.</p>
<p><strong>Wczoraj: literówki</strong><br />
Już w samym tytule maila są literówki typu &#8220;Ranking kredytów <strong>gotówkowcyh</strong>&#8220;. W treści są kolejne. Jeśli nawet nie chce Wam się przeczytać napisanego tekstu, to nie oczekujcie, że ktokolwiek z odbiorców go przeczyta. Literówki mogą się zdarzyć każdemu, ale gdy widzę błąd w tytule to jest to dla mnie od razu znak, że ktoś zupełnie nie szanuje mojego czasu i wysyła mi jakąś papkę, której nawet sam nie raczył przeczytać po napisaniu.</p>
<p><strong>Dzisiaj: kilkutygodniowa korespondencja</strong><br />
Dzisiaj udało się bez literówek. Nawet poprawnie napisali nazwę serwisu, który promują. Tyle, że pod informacją prasową znalazła się w formie forwardów kilkutygodniowa historia korespondencji &#8211; rozmów o potencjalnej współpracy między Comperia a pewną trzecią firmą. Czy naprawdę chcecie, żebym takie rzeczy publikował jako otrzymane w notce prasowej?</p>
<p>Jeśli macie wysyłać takie notki prasowe, to lepiej nie wysyłajcie żadnych. Firmie &#8220;Copmeria&#8221; współczuję każdej złotówki wydanej na tak skrajnie nieprofesjonalne usługi.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2008/03/20/jak-nie-nalezy-robic-pr-serwisu-webowego/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Moment wyjścia, czyli hazard przedsiębiorcy</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/11/28/moment-wyjscia-czyli-hazard-przedsiebiorcy/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/11/28/moment-wyjscia-czyli-hazard-przedsiebiorcy/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 28 Nov 2007 04:21:13 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[Facebook]]></category>
		<category><![CDATA[Flickr]]></category>
		<category><![CDATA[Mark Zuckerberg]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/11/28/moment-wyjscia-czyli-hazard-przedsiebiorcy/</guid>
		<description><![CDATA[Wielu z nas z ciekawością śledzi newsy ze świata startupów, w szczególności te dotyczące pieniędzy. Kto ile finansowania pozyskał lub kto za ile sprzedał firmę. O ile ekscytującym może być czytanie o wielkości inwestycji w firmy webowe, to trzeba pamiętać, że moment inwestycji to dopiero początek gry. O wygranej można mówić dopiero przy wyjściu.
Przedsiębiorca to [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wielu z nas z ciekawością śledzi newsy ze świata startupów, w szczególności te dotyczące pieniędzy. Kto ile finansowania pozyskał lub kto za ile sprzedał firmę. O ile ekscytującym może być czytanie o wielkości inwestycji w firmy webowe, to trzeba pamiętać, że moment inwestycji to dopiero początek gry. O wygranej można mówić dopiero przy wyjściu.</p>
<p><strong>Przedsiębiorca to hazardzista</strong><br />
Tworzenie startupów przypomina hazard. Tworząc startup wchodzisz w pewną grę, w której stawką są zainwestowane pieniądze, Twój czas i nerwy, poziom życia Twój i Twojej rodziny, gdy zamiast pracować 9-5 za solidną pensję Ty spędzasz po kilkanaście godzin w biurze wypłacając sobie minimalną możliwą pensję. Reguły gry i szanse na wygraną są inne niż w ruletce czy Blackjacku &#8211; wygrana w większym stopniu zależy od Ciebie a w mniejszym od prawdopodobieństwa lub szczęścia &#8211; ale ogólny schemat jest ten sam: obstawiasz i grasz.<span id="more-158"></span></p>
<p><strong>Trzeba wiedzieć kiedy odejść do stołu</strong><br />
Tak jak w kasynie, tak w przedsiębiorczości, w dłuższej perspektywie najważniejszą decyzją jest wyjście z gry. Musisz zdecydować, kiedy odejdziesz od stołu zachowując wygraną. To jest ten moment, w którym rezygnujesz z tego wszystkiego, co mógłbyś wygrać w przyszłości, ale przestajesz ryzykować tym, co udało Ci się już wygrać. Jeśli będziesz grać w nieskończoność &#8211; na pewno w końcu przegrasz.</p>
<p>Wybór momentu wyjścia to kluczowa decyzja i zależeć może od wielu czynników. Celów wyznaczonych przez przedsiębiorców i ich inwestorów, charakteru przedsiębiorcy, uwarunkowań zewnętrznych wywierających presję czy wreszcie zmian na rynku, na którym działasz.</p>
<p>Strategii wyjścia może być wiele, ja chciałbym przyjrzeć się wraz z Wami dwóm znanym startupom webowym, których strategie reprezentują dwie odmienne skrajności.</p>
<p><strong>Flickr &#8211; w zasadzie już nam wystarczy</strong><br />
Założony w 2004 i sprzedany już w 2005 roku Flickr, dziś mógłby osiągnąć wielokrotność kwoty, za którą został kupiony przez Yahoo ($35M). Oczywiście do jego dzisiejszej pozycji w pewnej mierze przyczyniło się Yahoo, lecz nie jest to wpływ znaczący &#8211; Flickr do dziś jest bardzo niezależnym projektem a większość użytkowników pozyskał z innych źródeł niż Yahoo. Dzisiaj mógłby liczyć na dziesięciokrotnie większą wycenę niż dwa lata temu.</p>
<p>Dlaczego jego twórcy zdecydowali się na sprzedaż firmy tak szybko? Kilka słów o tym mówią w wywiadzie <a href="http://www.inc.com/magazine/20061201/hidi-butterfield-fake.html">How We Did It</a>:</p>
<blockquote><p>Stweart Butterfield: Nigdy nie wiesz kiedy nastąpi kolejny kryzys w Azji, kolejny 11 września, kiedy rynek się zawali lub stanie się cokolwiek innego. Bardzo wierzyliśmy, że Flickr ma wielki potencjał, ale jednocześnie to co do tamtej pory osiągnęliśmy było świetnym wynikiem dla wszystkich, którzy w nas uwierzyli i zainwestowali. Nie powinniśmy sprzedawać firmy w tamtym momencie, ale zawsze jesteś w stanie to stwierdzić dopiero po jakimś czasie. Ale ta decyzja nie jest jakąś naszą tragedią życiową. Reid Hoffman (wczesny inwestor we Flickr) powiedział nam: &#8220;Zawsze możecie to zrobić raz jeszcze. Pieniądze jakie zarobicie na tej transakcji zmienią Wasze życie na tyle, że &#8230;&#8221;<br />
dokańcza Caterina Fake: &#8220;&#8230; że będziecie mogli być przedsiębiorcami do końca życia&#8221;.</p></blockquote>
<p>Flickr to klasyczny przykład odpowiedzialnego hazardu. Osiągnąwszy wynik pozwalający przedsiębiorcom nie przejmować się sytuacją finansową przez resztę swojego życia, a inwestorom dostarczający satysfakcjonującą wartość zwrotu, Flickrowcy zgarnęli żetony i poszli do kasy. Dziś mogą stwierdzić, że gdyby grali dalej, wygraliby znacznie więcej, ale gdy stoisz przed podjęciem takiej decyzji nigdy nie wiesz czy w następnym rzucie wypadnie czarne czy czerwone.</p>
<p><strong>Facebook &#8211; Sky is the Limit</strong><br />
Na drugim biegunie wydaje się być Facebook. Tak, piszę o nich mimo iż wyjście mają jeszcze przed sobą &#8211; ale Zuckerberg i spółka mieli już wiele okazji do bardzo korzystnego wyjścia z interesu. Rok temu Facebooka chciał kupić zarówno Viacom (za $750M) jak i Yahoo (za równy miliard dolarów). Zuckerberg trafił wtedy na czołówki gazet jako &#8220;dzieciak, który odrzucił miliard dolarów&#8221;.</p>
<p>Zarówno mający wówczas 22 lata Zuckerberg (dzisiaj 23) wraz z pozostałymi twórcami Facebooka, jak i inwestorzy, którzy w kolejnych rundach zasilali firmę kolejno $0,5M, $12,7M, $25M, wypłaciliby wówczas wystarczająco dużo, żeby być zadowolonym z inwestycji. Plotka mówi, że wkrótce po odrzuceniu oferty za miliard, Yahoo zaoferowało dwa miliardy i również odeszło z kwitkiem. Dzisiaj Facebook mógłby znaleźć kupca za jeszcze dwa razy tyle (pomijam ewentualną barierę wynikającą z zapisów niedawnej umowy sprzedaży Microsoftowi 1,6% udziałów przy bajońskiej waluacji 15 miliardów dolarów &#8211; to nie była inwestycja w celu jej pomnożenia, a raczej rozpaczliwe zablokowanie wejścia Google w deal z Facebookiem oraz zagwarantowanie Microsoftowi umowy reklamowej z Facebook &#8211; na tym polu też chodzi o konkurencję z reklamami Google. Dla Microsoftu bardziej wartościowa była wyłączność na obsługę reklamy w Facebooku niż udziały w nim).</p>
<p>Zuckerberg idzie na całość. Nie wiem, co go motywuje, ale prawdopodobnie nie są to już pieniądze. Miał już okazję wypłacić znacznie więcej niż byłby w stanie wydać do końca życia (umówmy się &#8211; o ile różnica między $5M a $10M z punktu widzenia pojedynczej osoby jest duża, to między $500M a $1B praktycznie już jej nie ma). Być może właśnie hazard. Być może bicie rekordów i przekraczanie granic. Być może obsesyjne pragnienie wzrostu, rozwoju i podbojów. Cokolwiek to jest, każe twórcom Facebooka chcieć wciąż więcej i więcej.</p>
<p><strong>Cios za ciosem</strong><br />
To, że Facebook gra o wszystko, sugerują ostatnie newsy. Nie spoczywa na laurach ale myśli o kolejnym wielkim skoku &#8211; kolejnym po pierwszych dwóch znaczących przełomach w historii firmy: otwarciu się poza środowisko akademickie i otwarciu swojej platformy dla programistów.</p>
<p>W zeszłym tygodniu pojawiły się plotki o <a href="http://www.readwriteweb.com/archives/facebook_zhanzou.php">próbie kupna</a> przez Facebook największego chińskiego serwisu społecznościowego. Facebook oficjalnie zaprzecza, jakoby zaoferował $85M za <a href="http://www.zhanzuo.com/">Zhanzuo</a>, ale z drugiej strony niedawno odkryto, że <a href="http://www.redherring.com/Home/23080">odkupił domenę facebook.com.cn</a>, co pokazuje, że niezależnie od planów dotyczących Zhanzuo, Facebook szykuje się do ekspansji w Chinach. Na pewno przejmując Zhanzuo byłoby mu łatwiej &#8211; serwis ten ma 7 milionów użytkowników, podczas gdy w Facebook zarejestrowanych jest zaledwie 100 tysięcy Chińczyków.</p>
<p>Chiny to <a href="http://www.webstop.pl/2007/08/19/internet-na-swiecie-najwieksze-rynki-na-ktore-chcielibyscie-wejsc/">drugi pod względem wielkości rynek internetowy</a> na świecie, ale za to z największą dynamiką wzrostu. Przewiduje się, że za kilka lat będzie większy niż amerykański, a za kilkanaście lat większy nawet niż cały anglojęzyczny internet. Co więcej &#8211; rynek ten jest wciąż w dużej mierze niezagospodarowany. Niestety jak się okazuje, jest też ekstremalnie trudny dla graczy zachodnich. Dotychczasowe próby wejścia zachodnich gigantów na ten rynek zazwyczaj <a href="http://www.webstop.pl/2007/06/09/web-20-w-chinach/">kończyły się niepowodzeniem</a>, ale każdy wierzy, że jemu w końcu się uda. Firmy te wyciągają też wnioski &#8211; można zauważyć zmianę ich strategii &#8211; starają się teraz pozyskiwać lokalnych partnerów lub przejmować lokalnych liderów. W tym kontekście przejęcie Zhanzuo byłoby mocnym fundamentem do ekspansji na Chiny.</p>
<p>Jeśli Facebook odniesie sukces w Chinach przy jednoczesnym zachowaniu tempa rozwoju na rynkach zachodnich, ma szanse w ciągu kolejnych dwóch lat stać się prawdziwym gigantem, wycenianym kilkakrotnie więcej niż dzisiaj.</p>
<p>To jest stawka, o którą gra Zuckerberg.</p>
<p><strong>Wyjście bez wychodzenia</strong><br />
Facebook jest na etapie, w którym aż prosi się o wejście na giełdę. Takie rozwiązanie ma wiele zalet i zgadzam się z Mike Arringtonem <a href="http://www.webstop.pl/2007/10/03/future-of-web-apps-rozmowa-arringtona-i-malika/">przewidującym debiut giełdowy Facebooka</a> w nadchodzącym roku.</p>
<ul>
<li>Pozwala korzystnie i w dowolnie wybranym momencie wyjśc z inwestycji tym inwestorom, którzy chcieliby zrealizować zyski, oraz zachować udziały tym, którzy chcą grać dalej (umożliwia to publiczny obrót akcjami)</li>
<li>Pozwala wyjść tylko częściowo zabezpieczając satysfakcjonujące zyski &#8211; sprzedać część akcji za kwotę wystarczającą do tego żeby nie musieć się o nic martwić do końca życia (w przypadku twórców) lub do zabezpieczenia satysfakcjonującego zwrotu z inwestycji (w przypadku inwestorów), a za resztę grać dalej.</li>
<li>Jeśli pozbędziesz się tylko części udziałów ale zachowasz wystarczającą część, możesz wciąż kontrolować firmę i kierować jej dalszym rozwojem &#8211; jeśli masz do tego pasję i chcesz działać po to, żeby osiągać coraz to większe sukcesy.</li>
</ul>
<p>Oczywiście fakt bycia spółką w publicznym obrocie niesie ze sobą również wiele wad, z których największymi jest znacznie większe sformalizowanie i wymogi prawne oraz to, że Twoi inwestorzy mają teraz całkiem inne cele. Twoimi inwestorami stają się bowiem miliony graczy giełdowych, z których każdy ma inną motywację do inwestowania w Ciebie &#8211; wielu z nich gra spekulacyjnie lub kieruje się emocjami w podejmowanych decyzjach. To sprawia, że musisz dbać o ładnie wyglądające wyniki kwartalne i roczne, inaczej kapitał się od Ciebie odwróci.<br />
To sformalizowanie i wymogi prawne, o których pisałem, i tak jest jeszcze do zniesienia w Polsce, ale w USA wymogi są znacznie cięższe. Kto miał okazję przyglądać się wdrażaniu wymogów <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Sarbanes-Oxley_Act">Sarbanes-Oxley</a> w firmie, w której pracował, ten wie o czym mówię.</p>
<p><strong>Moment wyjścia, czyli hazard przedsiębiorcy</strong><br />
Nieistotne jest, jak dobrze Ci idzie &#8211; na koniec dnia liczy się tylko to, ile masz w kieszeni wychodząc z kasyna. Decyzja o wyjściu to najistotniejsza decyzja przedsiębiorcy (tak, cały czas świadomie pomijam tych, którzy tworzą biznes po to, żeby go potem przez całe życie prowadzić i wypłacać regularne dywidendy zamiast jednorazowo sprzedać &#8211; ale nie o takich przedsięwzięciach mamy na myśli mówiąc o startupach &#8211; choć oni też podejmują decyzję o wyjściu, a konkretnie o rezygnacji z wyjścia). Wszystkim Wam oraz sobie samemu życzę postawienia przed taką decyzją, bo każdy startup czeka długa i ciężka droga zanim ewentualnie dojdzie do tego momentu.</p>
<p>Interesujące jest jednak przyglądanie się wyjściom innych firm oraz istotne jest określenie swojej strategii wyjścia już na samym początku. Zadajcie sobie, swoim współpracownikom i inwestorom pytanie, co chcecie osiągnąć &#8211; to Wam wiele ułatwi.</p>
<p>Pomiędzy zachowawczym Flickr i agresywnym Facebookiem jest jeszcze całe spektrum strategii pośrednich. Jest też IPO, które w wielu przypadkach jest kompromisem pozwalającym wyjść tylko częściowo, a częściowo pozostać dalej w grze. Oczywiście daleki jestem od oceny strategii Flickr czy Facebooka jako dobrych czy złych, bo tego przecież nie można ocenić obiektywnie &#8211; to zależy od celów i wartości ludzi zaangażowanych w te projekty.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/11/28/moment-wyjscia-czyli-hazard-przedsiebiorcy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Future Of Web Apps: Daniel Waterhouse (3i) &#8211; Przyszłość finansowania</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/10/05/future-of-web-apps-daniel-waterhouse-3i-przyszlosc-finansowania/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/10/05/future-of-web-apps-daniel-waterhouse-3i-przyszlosc-finansowania/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 04 Oct 2007 23:29:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[3i]]></category>
		<category><![CDATA[FOWA]]></category>
		<category><![CDATA[inwestycje]]></category>
		<category><![CDATA[przedsiębiorczość]]></category>
		<category><![CDATA[spotkania]]></category>
		<category><![CDATA[UK]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/10/05/future-of-web-apps-daniel-waterhouse-3i-przyszlosc-finansowania/</guid>
		<description><![CDATA[Prezentacja Daniela Waterhouse z funduszu 3i była zatytułowana Przyszłość finansowania (The Future of Funding), jednak wbrew nazwie Daniel nie odkrył żadnych wizji przyszłości &#8211; raczej opisał dzisiejszą rzeczywistość. Nikt kto czyta blogi venture capitalistów nie znajdzie tu nic nowego, ale dla wszystkich pozostałych powinno to być ciekawym streszczeniem kilku podstawowych zasad dotyczących finansowania startupów przez [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Prezentacja Daniela Waterhouse z funduszu 3i była zatytułowana Przyszłość finansowania (The Future of Funding), jednak wbrew nazwie Daniel nie odkrył żadnych wizji przyszłości &#8211; raczej opisał dzisiejszą rzeczywistość. Nikt kto czyta blogi venture capitalistów nie znajdzie tu nic nowego, ale dla wszystkich pozostałych powinno to być ciekawym streszczeniem kilku podstawowych zasad dotyczących finansowania startupów przez fundusze.</p>
<p><strong>Pieniądze wróciły</strong><br />
Daniel zaczął od przedstawienia swojego życiorysu oraz kilku słów o funduszu 3i &#8211; to fundusz venture capital z pierwszej światowej ligii. W ciągu ostatnich pięciu lat spośród firm, w które inwestowali, ponad 550 zostało sprzedanych, a 70 kolejnych zadebiutowało na giełdzie. Zanim przeszedł do części merytorycznej, Daniel stwierdził jeszcze optymistycznie, że pieniądze wróciły na rynek. Obowiązkowy wykres ilustrował wysoki poziom inwestycji VC w ostatnich trzech latach w USA oraz drastyczny wzrost takich inwestycji w Europie.<span id="more-152"></span></p>
<p><strong>Kiedy pozyskiwać pieniądze</strong><br />
Daniel wymienił kilka powodów, dla których startup mógłby chcieć pozyskać finansowanie od VC. Może to być jakaś wielka szansa, możliwości stojące przed firmą i potrzeba pomocy w wykorzystaniu ich, jeśli firma ma zbyt mało własnych zasobów. Innym dobrym powodem są przypadki, w których czas jest czynnikiem krytycznym. Tam, gdzie szybkość wejścia lub zdobycia  rynku decyduje o sukcesie, nie ma co się zastanawiać &#8211; należy sięgnąć do funduszy, których wsparcie pozwoli nam działać szybko. Wreszcie inwestorzy to nie tylko pieniądze. Zwykle dostarczają też dużo wartości dodanych w postaci doświadczenia, którym chętnie się dzielą, sieci kontaktów, które wykorzystują dla dobra firmy, czy znaczącej pomocy przy wyjściu, czyli sprzedaży firmy. Dzięki kontaktom funduszy VC wiele firm nie tylko uzyskuje znacznie lepszą waluację przy sprzedaży, ale w ogóle znajduje kupca. Jeśli zależy nam na takich wartościach dodanych, również powinniśmy myśleć o inwesycji VC.</p>
<p><strong>Kiedy nie należy myśleć o VC</strong><br />
Przede wszystkim gdy Wasza skala nie jest wystarczająco wysoka &#8211; nawet jeśli macie dobry produkt. VC nie zajmują się małymi projektami. Nie należy też myśleć o finansowaniu VC jeśli Wasza motywacja do tworzenia firmy nie jest finansowa. Jeśli nie macie zamiaru sprzedawać biznesu w ciągu pięciu lat, nie będziecie odpowiednimi partnerami dla VC. Ich celem jest zainwestować pieniądze i w kilkuletnim horyzoncie czasowym zrealizować zyski &#8211; jeśli chcecie przez wiele lat prowadzić i rozwijać firmę nie sprzedając jej, nie będziecie w stanie zaoferować im tego, co jest podstawą ich funkcjonowania &#8211; korzystnego wyjścia z inwestycji.<br />
Wreszcie inwestycja VC zamyka firmom możliwości mniejszego wyjścia. VC mają określone oczekiwania odnośnie zwrotu z inwestycji &#8211; biorąc od nich pieniądze praktycznie zobowiązujesz się do zbudowania firmy o określonej wartości. Każdą próbę mniejszego, tańszego wyjścia &#8211; które być może w pełni by Cię satysfakcjonowało &#8211; Twój inwestor będzie skutecznie blokował. (pisałem o tym <a href="http://www.webstop.pl/2007/09/27/czy-kazdy-startup-ucieszy-dziesiec-zielonych-baniek/">bardzo niedawno</a>)</p>
<p><strong>Model funduszy VC</strong><br />
Daniel tłumaczy w jaki sposób działają i czego oczekują fundusze VC. Mówi, że od firm będących na początkowym etapie swojego życia oczekiwany jest około dziesięciokrotny zwrot. Na prostym przykładzie pokazuje jak to wygląda w praktyce. Jeśli pozyskujesz 5 milionów dolarów w zamian za 25% firmy, wycena całej firmy to 20 milionów. To oznacza, że VC oczekuje wyjścia z biznesu na poziomie 200 milionów dolarów. Ewentualne późniejsze dokapitalizowanie, rundy B i C finansowania, mogą jeszcze podnieść te oczekiwania. Należy jednak pamiętać, że na rynku nie ma zbyt wielu możliwości wyjścia w takim zakresie, może to być więc bardzo trudne lub wręcz nieosiągalne (z innych źródeł pamiętam, że zdecydowana większość startupów sprzedawana jest za mniej niż pięćdziesiąt milionów dolarów).</p>
<p><strong>Jak dużo pieniędzy pozyskać</strong><br />
Najlepiej tyle, żeby osiągnąć określony kamień milowy oraz być w stanie utrzymać się przez pewien okres czasu później. Trzeba też brać pod uwagę swoje aspiracje dotyczące wyjścia i pamiętać o tym, że umowa z VC może zablokować zbyt tanie wyjście z biznesu. Daniel mówi, że podejście &#8220;pozyskaj tak dużo pieniędzy, jak jesteś w stanie&#8221; jest błędem. Pozyskanie zbyt dużych środków może sprawić, że wyjście z biznesu będzie nierealne, bo nierealne będzie osiągnięcie odpowiednio dużej wartości firmy (ponownie odsyłam do mojego <a href="http://www.webstop.pl/2007/09/27/czy-kazdy-startup-ucieszy-dziesiec-zielonych-baniek/">niedawnego artykułu</a>).</p>
<p><strong>Inwestycja to nie jest jednorazowy deal</strong><br />
Inwestycja to nie tylko pozyskanie gotówki. To długotrwały związek z funduszem, który dostarczać będzie poza pieniędzmi również różnych wartości dodanych. Jedną z nich jest możliwość wsparcia w przyszłości, gdy w firmie pojawi się taka potrzeba. Jeśli odnieśliście sukces większy niż ktokolwiek przewidywał i musicie drastycznie skalować infrastrukturę, żeby obsłużyć szybko rosnący ruch, dobrze jeśli Wasz inwestor jest w stanie w dowolnym momencie wyłożyć dodatkowe pieniądze. Pozyskanie w takiej sytuacji finansowania od kogoś innego może trwać zbyt długo &#8211; ten proces niestety zajmuje trochę czasu. Tutaj dochodzimy do sposobu funkcjonowania większości funduszy, które działają w cyklach &#8211; mają okres zbierania środków oraz okres inwestowania. Przed podpisaniem umowy z VC warto dowiedzieć się, na jakim etapie cyklu się znajdują i czy ewentualne szybkie, dodatkowe wsparcie będzie w razie potrzeby możliwe.</p>
<p><strong>Kiedy pozyskiwać fundusze</strong><br />
Nie należy się spieszyć. Dobrą wycenę uzyskacie, gdy osiągniecie coś przełomowego &#8211; kamienie milowe na drodze Waszego rozwoju. Właśnie w tych momentach należy szukać finansowania i wtedy można osiągnąć najbardziej atrakcyjne warunki. Daniel zwraca też uwagę na to, że bootstraping &#8211; czyli budowanie firmy bez pozyskiwania zewnętrznych środków, a często w ogóle bez żadnych znaczących środków &#8211; może pomóc uformować najlepszy zespół. Tworzyć go będą wówczas osoby z prawdziwą pasją i zaangażowaniem.</p>
<p><strong>Czego szukają fundusze VC</strong><br />
Daniel wyświetla slajd z listą wielu czynników, ale koncentruje się na kilku, które wyróżnił pogrubieniem. Nie są to żadne biznesowe wskaźniki typu wielkość rynku czy model biznesowy. Przede wszystkim jest to pasja założycieli i ich skoncentrowanie się oraz poświęcenie temu jednemu projektowi. Kolejny element to gwałtownie rosnąca baza użytkowników, ale już za chwilę Daniel znów wraca do cech założycieli. Szczególnie lubi tych, którzy z uwagą oglądają wszystkie wskaźniki i mierniki własnego biznesu i szybko reagują na pojawiające się problemy. Wreszcie dobrze, jeśli zespół zwraca uwagę na feedback użytkowników i uwzględnia go. Jeszcze lepiej, jeśli sami klienci biorą udział w budowaniu produktu (budowanie nie tylko dla użytkowników, ale z użytkownikami &#8211; pisałem o tym przy okazji <a href="http://www.webstop.pl/2007/09/20/bardzo-lubie-informowac-przyjaciol-czyli-blip-wychodzi-z-ukrycia/">premiery blipa</a>).</p>
<p><strong>Co jest szczególnie atrakcyjne dla VC</strong><br />
Jakiego typu biznesy najmocniej przyciągają uwagę funduszy? Takie, które są jeden krok od transakcji &#8211; dostarczające ruch do sprzedawców. Generacja leadów to bardzo dobry model biznesowy. Daniel wymienia tu w szczególności wszelkiego rodzaju wyszukiwarki wertykalne. Daniel lubi też serwisy, które oparte są o bazę unikalnych danych. Jeśli posiadacie bazę unikalnej treści, która jest ciężka do zreplikowania, może to stworzyć Waszą realną przewagą na rynku.</p>
<p><strong>Masz już pieniądze, ale co dalej?</strong><br />
Na koniec Daniel mówi o tym, że przejście z obozu early adopters do mainstreamu biznesowego jest zazwyczaj ciężkie. Będziecie borykać się z wieloma różnymi problemami, o których nigdy byście nawet nie pomyśleli. Prezentacja kończy się krótkimi, kilkupunktowymi case study paru firm, w jakie 3i inwestowało. Daniel mówi o wielkości poczynionych inwestycji i o osiągniętym zwrocie przy sprzedaży firm.</p>
<p>Ciekawa jest firma Demand Media, stworzona przez Richarda Rosenblatta, byłego chairmana MySpace. Firma do tej pory pozyskała już 320 milionów, przy waluacji ostatniej rundy na poziomie miliarda dolarów. To kolosalna waluacja, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że musi zostać pomnożona, żeby VC zyskały na swoich inwestycjach. Jak widać nazwisko osoby, która sprzedała MySpace potrafi otworzyć wiele drzwi i portfeli.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/10/05/future-of-web-apps-daniel-waterhouse-3i-przyszlosc-finansowania/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy każdy startup ucieszy dziesięć zielonych baniek?</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/09/27/czy-kazdy-startup-ucieszy-dziesiec-zielonych-baniek/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/09/27/czy-kazdy-startup-ucieszy-dziesiec-zielonych-baniek/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 27 Sep 2007 02:52:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[inwestycje]]></category>
		<category><![CDATA[przedsiębiorczość]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/09/27/czy-kazdy-startup-ucieszy-dziesiec-zielonych-baniek/</guid>
		<description><![CDATA[Pisząc o finansowaniu Huffington Post, który pozyskał kolejne pięć milionów dolarów inwestycji (łącznie już dziesięć), hazan pisze:
Pozyskanie dofinansowania wielkości 10 milionów dolarów to marzenie każdego startupa
Nie chodzi mi o czepianie się AntyWeb, ale chciałbym podjąć ten wątek i napisać o tym, o czym zbyt wielu twórców startupów nie myśli. Czy każdy startup marzy o finansowaniu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Pisząc o <a href="http://antyweb.pl/blog-huffington-post-i-5-milionow-dolarow/">finansowaniu Huffington Post</a>, który pozyskał kolejne pięć milionów dolarów inwestycji (łącznie już dziesięć), hazan pisze:</p>
<blockquote><p>Pozyskanie dofinansowania wielkości 10 milionów dolarów to marzenie każdego startupa</p></blockquote>
<p>Nie chodzi mi o czepianie się AntyWeb, ale chciałbym podjąć ten wątek i napisać o tym, o czym zbyt wielu twórców startupów nie myśli. Czy każdy startup marzy o finansowaniu w wysokości $10M? Czy dla każdego startupa takie finansowanie byłoby dobre?</p>
<p>Oczywiście nie.<span id="more-148"></span></p>
<p><strong>Przewaluowanie szkodzi</strong><br />
Musicie pamiętać, że kwota jaką pozyskujecie to inwestycja &#8211; a co za tym idzie inwestor ma przemożną chęć zarobić. Jeśli oddajecie 20% firmy za $10M, oznacza to wycenę całej firmy na poziomie $50M. Jak do tej pory wszystko wygląda pięknie &#8211; kto by nie chciał żeby jego startup był tak wyceniany? Schody zaczynają się jednak przy wyjściu.</p>
<p>Umowa inwestycyjna zwykle jest nieco bardziej skomplikowana niż &#8220;inwestor daje kasę, a startup z uśmiechem przyjmuje&#8221;. Na kilkunastu lub kilkudziesięciu stronach spisanych jest wiele warunków, zastrzeżeń, gwarancji, praw i obowiązków. Podpisując ją, twórcy startupa pozbywają się często jakiejś części kontroli nad firmą &#8211; bo nawet jeśli wciąż kontrolują 80% i mają pełną legitymację do zarządzania firmą, to inwestor zwykle otrzymuje różne przywileje w temacie kolejnych rund inwestowania lub sprzedaży firmy. To oznacza, że nie będziecie w stanie sprzedać firmy, jeśli warunki nie będą satysfakcjonowały inwestora.</p>
<p>W zależności od etapu, na którym firma była dofinansowana &#8211; i związanego z nim ryzyka &#8211; inwestor oczekuje przynajmniej kilkukrotnego zwrotu z inwestycji. Jeśli odnieśliście już sukces i ryzyko jest niewielkie, oczekiwany będzie kilkukrotny zysk, ale jeśli jesteście na wczesnym etapie i ryzyko jest spore, inwestor będzie oczekiwal raczej zysku przynajmniej dziesięciokrotnego.</p>
<p><strong>Bariera wyjścia</strong><br />
Wróćmy do Waszej firmy, wycenionej w momencie inwestycji na $50M. Jeśli wkrótce zjawi się ktoś chętny kupić od ręki Waszą firmę za $100M i jeśli nawet uznacie to za dobry interes, nie będziecie w stanie tej firmy sprzedać. Inwestor najprawdopodobniej nie zgodzi się na dwukrotny zysk &#8211; możecie zapomnieć o jakimkolwiek wyjściu z firmy na poziomie niższym niż $200M.</p>
<p>Nawet jeśli skasowanie $80M za 80% pozostające w rękach założycieli i pracowników jest Waszym marzeniem, bo po podziale tego każdy z Was mógłby zacząć sobie wygodnie żyć albo zacząć myśleć o kolejnych projektach &#8211; to pozostanie to jedynie w sferze Waszych marzeń. Im wyższa waluacja Waszej firmy w momencie finansowania, tym wyższa minimalna waluacja, przy której będziecie w stanie wyjść z biznesu.</p>
<p><strong>Inwestycja skrojona na miarę</strong><br />
Jako twórca startupu masz na pewno jakąś wizję dotyczącą tego, ile Twoja firma będzie warta za kilka lat. Postaraj się stworzyć trzy warianty rozwoju &#8211; bardzo konserwatywny, bardzo prawdopodobny i bardzo optymistyczny (niektórzy jednak nazwą je: optymistyczny, bardzo optymistyczny i hurra optymistyczny) &#8211; i skup się na tym przewidującym najniższy wzrost. Staraj się unikać inwestycji, których waluacja wymagałaby wzrostu wartości Twojej firmy do poziomu znacznie przewyższającego Twój konserwatywny wariant kalkulacji.</p>
<p>Jak już wiesz, zbyt wysoka waluacja szkodzi. Jeśli ktoś proponuje Ci $10M za 20%, a Ty potrzebujesz tylko $2M za to szacujesz wartość Twojej firmy za parę lat na $50-100M &#8211; lepiej pozyskaj owe $2M w zamian za 10%. Na pierwszy rzut oka brzmi to może irracjonalnie &#8211; oddać udziały dwuipółkrotnie taniej &#8211; ale jeśli czytałeś pierwszą część artykułu nie powinno Cię to zdziwić. Waluacja na poziomie $20M pozwoli Ci sprzedać za parę lat firmę za $50-100M. Waluacja na poziomie $50M być może wprawi Cię w lepszy humor, ale może skutecznie uniemożliwić Ci w przyszłości wyjście z tego interesu.</p>
<p>Co wolisz?</p>
<ul>
<li>uzyskać $2M (nie dla siebie, dla firmy), które pozwoli Ci zbudować firmę wartą $100M i sprzedać ją kasując $90M za swoje 90% udziałów</li>
<li>uzyskać $10M, które pozwoli Ci zbudować firmę wartą $100M i nie być w stanie wyciągnąć z niej ani złotówki, bo inwestorzy zablokują sprzedaż firmy za taką kwotę</li>
</ul>
<p>Chyba każdy wolałby przehandlować lepszy humor związany z wysoką początkową wyceną jego firmy (wariant drugi) na $90M (wariant pierwszy). Dlatego zawsze myślcie o wyjściu. Nie starajcie się pozyskać więcej pieniędzy, niż faktycznie potrzebujecie. Nie starajcie się uzyskać przesadzonej waluacji. To może Wam w przyszłości zaszkodzić.</p>
<p>Piszę o kwotach liczonych w milionach dolarów, bo nawiązuję do wspomnianego artykułu na AntyWeb, który był dla mnie pretekstem do poruszenia tego tematu. Oczywiście tak samo działa to dla każdych innych kwot. Podzielcie powyższe wartości przez dziesięć lub kilkadziesiąt, jeśli chcecie operować na wartościach lepiej pasujących dla niedużych, polskich startupów webowych.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/09/27/czy-kazdy-startup-ucieszy-dziesiec-zielonych-baniek/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Internet na świecie &#8211; największe rynki, na które chcielibyście wejść</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/08/19/internet-na-swiecie-najwieksze-rynki-na-ktore-chcielibyscie-wejsc/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/08/19/internet-na-swiecie-najwieksze-rynki-na-ktore-chcielibyscie-wejsc/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 19 Aug 2007 05:48:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[przedsiębiorczość]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/08/19/internet-na-swiecie-najwieksze-rynki-na-ktore-chcielibyscie-wejsc/</guid>
		<description><![CDATA[CNN w magazynie Business 2.0 opublikował jakiś czas temu mapę świata internetu, pokazującą Amerykanom, że internet (i świat) nie kończy się na US.

Prawie jak mapa geograficzna, prawda? Tylko nieco zniekształcona, żeby zwizualizować dwie wartości dla każdego kraju:

Wielkość kraju symbolizuje liczbę użytkowników internetu &#8211; im większy, tym więcej internautów żyje w tym kraju.
Kolor kraju symbolizuje penetrację [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>CNN w magazynie Business 2.0 opublikował jakiś czas temu <a href="http://money.cnn.com/magazines/business2/storysupplement/worldinternet/index.htm">mapę świata internetu</a>, pokazującą Amerykanom, że internet (i świat) nie kończy się na US.</p>
<p><center><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2007/08/webmap.png' alt='webmap.png' /></center></p>
<p>Prawie jak mapa geograficzna, prawda? Tylko nieco zniekształcona, żeby zwizualizować dwie wartości dla każdego kraju:<span id="more-118"></span></p>
<ul>
<li>Wielkość kraju symbolizuje liczbę użytkowników internetu &#8211; im większy, tym więcej internautów żyje w tym kraju.</li>
<li>Kolor kraju symbolizuje penetrację &#8211; im ciemniejszy, tym większy procent całej populacji kraju korzysta z internetu.</li>
</ul>
<p>CNN stara się przekazać:</p>
<blockquote><p>If your business is online, it’s where your potential customers live – and the vast majority of them are outside the U.S.</p></blockquote>
<p>Nie jest to oczywiście dla nas zaskoczeniem, ale jest dobrym pretekstem, żeby napisać o tym, gdzie znajdują się Wasi potencjalni klienci i jakimi językami mówią, jeśli macie ambicje stworzyć produkt wykraczający poza rynek polski lub środkowoeuropejski.</p>
<p>W moich ostatnich dniach przed odejściem z Crowdstorm oprócz przekazania wszystkiego nowemu CTO skoncentrowaliśmy się na zaplanowaniu rozwoju biznesu w przyszłości. Między innymi zastanawialiśmy się w jakiej kolejności Crowdstorm powinien wchodzić na zagraniczne rynki. Myślałem też o takiej strategii dla <a href="http://www.travels.to">Travels.to</a> &#8211; i mając te przemyślenia świeżo w głowie, chętnie się nimi z Wami podzielę.</p>
<p>Rzecz jasna, strategie obu tych firm będą się różnić, bo różna jest specyfika tych biznesów i całkiem różne bariery wejścia na kolejne rynki &#8211; Travels.to ma w tym względzie o wiele łatwiej (dla przykładu różnica między US a Australią dla Crowdstorm to między innymi całkiem inna, lokalna baza produktów oraz konieczność współpracy z całkiem innymi, lokalnymi partnerami, podczas gdy Travels.to w Australii wciąż korzystać może z Expedia lub LastMinute i zmienić będzie musiało jedynie partnera dostarczającego pakiety oraz obsługującego produkcję i wysyłkę materiałów drukowanych). Mimo to istnieje pewien wspólny mianownik w postaci faktów, będących bazą startową do analizy.</p>
<p><strong>Języki używane w internecie</strong><br />
Dobrze jest zacząć od podzielenia świata na języki &#8211; to bardzo uprości analizę i jest też naturalne z punktu widzenia biznesowego. Wejście do kraju, w którym ludzie mówią nowym (dla nas) językiem, oznacza zwykle (oprócz znalezienia lokalnych partnerów) przygotowanie nowej wersji językowej i zatrudnienie osób posługujących się tym językiem &#8211; do obsługi klientów oraz ich supportu. Gdy już mamy obsługę danego języka oraz ludzi zajmujących się nim, wejście do kolejnego kraju z tym językiem to znacznie mniej wysiłku i nakładów.</p>
<p>Najpopularniejsze języki w internecie to (wg <a href="http://www.internetworldstats.com/stats7.htm">internetworldstats.com</a>):</p>
<ul>
<li>Angielski &#8211; 366 mln użytkowników</li>
<li>Chiński &#8211; 184 mln użytkowników</li>
<li>Hiszpański &#8211; 102 mln użytkowników</li>
<li>Japoński &#8211; 86 mln użytkowników</li>
<li>Francuski &#8211; 59 mln użytkowników</li>
<li>Niemiecki &#8211; 59 mln użytkowników</li>
</ul>
<p>Liczenie użytkowników posługujących się danymi językami jest trudne, zwłaszcza gdy chce się całość zsumować do stu procent i pokazać rozkład &#8211; dlatego w powyższym zestawieniu kryterium był główny, pierwszy język. Czyli dla osób wielojęzycznych brany jest pod uwagę tylko jeden język &#8211; ten, który uznają za swój główny i najbardziej naturalny.</p>
<p>Rzecz jasna w internecie o wiele więcej osób rozumie dane języki, ale nie będzie to nas interesowało &#8211; nikt o zdrowych zmysłach nie będzie w celu podboju Polski uruchamiał u nas serwisu współpracującego z polskimi partnerami (np. systemy płatności, sprzedawcy, itd) ale w języku angielskim &#8211; tak samo Wy nie będziecie wchodzić na rynek hiszpański z produktem po angielsku. Dlatego dane dotyczące głównego języka użytkowników są dla nas wystarczające i odpowiednie.</p>
<p><strong>Język angielski</strong><br />
Najszerzej używanym językiem w internecie jest wciąż język angielski, czyli głównie (liczba tutaj dotyczy wszystkich internautów w danym kraju niezależnie od używanego języka):</p>
<ul>
<li>Stany Zjednoczone &#8211; 211 milionów</li>
<li>Wielka Brytania &#8211; 38 milionów</li>
<li>Kanada &#8211; 22 miliony</li>
<li>Australia &#8211; 15 milionów</li>
<li>Nowa Zelandia &#8211; 3 miliony</li>
<li>Irlandia &#8211; 2 miliony</li>
</ul>
<p>Przy czym należy pamiętać, że na ponad 300 milionów populacji Stanów Zjednoczonych zaledwie 250 milionów ludzi <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_English-speaking_population">w ogóle mówi po angielsku</a>, a pierwszym językiem jest on dla 215 milionów, więc nie wszyscy z owych 211 milionów internautów w US są anglojęzyczni.</p>
<p>Niezależnie od wszystkiego, język angielski oraz rynek amerykański będzie prawdopodobnie tym, od którego zaczniecie swoją ekspansję na świat. O wybieraniu kolejności będzie jeszcze za chwilę.</p>
<p><strong>Języki azjatyckie</strong><br />
Drugie i czwarte miejsce w rankingu to chiński (184 mln internautów) i japoński (86 mln). Mimo iż liczby są tu znaczące, a w przypadku bardzo szybko rozwijających się Chin liczba ta będzie szaleńczo wręcz rosnąć w najbliższych latach (pisałem kiedyś o <a href="http://www.webstop.pl/2007/06/09/web-20-w-chinach/">chińskim rynku internetowym</a>), gdyż penetracja internetu tam to wciąż 12% przy ponad 60% w większości krajów rozwiniętych &#8211; to wejście na te rynki prawdopodobnie rozsądnym będzie pominąć.</p>
<p>Poza nieco większym nakładem przystosowania technicznego (np. obsługa języków używających znaków innych niż łacińskie) &#8211; co w gruncie rzeczy nie jest niczym strasznym, miałem już do czynienia z uruchamianiem witryn na rynki chiński i wietnamski i nie było to nic strasznego &#8211; największą barierą będzie niezrozumienie tamtejszych realiów i użytkowników. Przeczytajcie wspomniany przeze mnie artykuł, w którym o tym pisałem. Jeśli tacy giganci jak Google, eBay czy Yahoo sobie nie poradzili, prawdopodobnie i Wy będziecie mieli problem, trzymajcie się więc lepiej od tego fragmentu świata z daleka &#8211; przynajmniej dopóki nie zdominujecie w swojej dziedzinie całej reszty świata.</p>
<p><strong>Język hiszpański</strong><br />
To trzeci największy język w internecie i drugi w obszarze kultury i sposobu myślenia zbliżonych do naszego &#8211; i dlatego powinien być drugim po angielskim, w który wkroczycie. Zwłaszcza, że hiszpańskojęzyczny internet był nieco przez amerykańskie firmy zaniedbywany i może być tutaj Wam nawet łatwiej niż na rynku anglojęzycznym z powodu znacznie mniejszej konkurencji. To zresztą typowe, gdy porozmawiasz z przeciętnym amerykańskim architektem (ale takim co to projektuje biznes albo oprogramowanie, a nie mosty lub budynki) &#8211; połowa z nich zrobi wielkie oczy na słowo &#8220;wielojęzyczność&#8221;.</p>
<p>Dygresja: Właśnie dlatego nam, Europejczykom, powinno być łatwiej stworzyć biznes prawdziwie globalny. Mieszkamy na kontynencie wielojęzycznym i bardzo zróżnicowanym kulturowo &#8211; naturalnym jest dla nas, że ludzie używają różnych języków i że Hiszpan, Anglik, Grek i Ukrainiec mogą mieć skrajnie odmienne sposoby myślenia i postrzegania świata. Przez setki lat uczyliśmy się współistnienia w takim zróżnicowanym świecie i dużo lepiej niż Amerykanie powinniśmy rozumieć słowa: różnorodność, wielokulturowość i podobne.</p>
<p>Największe kraje hiszpańskojęzyczne to:</p>
<ul>
<li>Meksyk &#8211; 22 mln internautów</li>
<li>Hiszpania &#8211; 20 mln internautów</li>
<li>Argentyna &#8211; 13 mln internautów</li>
<li>Kolumbia &#8211; 7 mln internautów</li>
<li>Chile &#8211; 7 mln internautów</li>
<li>Peru &#8211; 6 mln internautów</li>
<li>Wenezuela &#8211; 3 mln internautów</li>
</ul>
<p>To naprawdę spory rynek, którego wielu nie zauważa. Gdy pracowałem w Ciao zauważyłem, że na naszej hiszpańskiej witrynie zarejestrowana jest znacząca liczba użytkowników z Ameryki Południowej. Wysłałem te dane dyrektorowi odpowiedzialnemu za rozwój i przekonałem, że warto &#8211; i wkrótce potem uruchomiliśmy dedykowaną witrynę dla Meksyku.</p>
<p><strong>Francuski i niemiecki</strong><br />
Obu tych języków używa po 59 milionów internautów, ale ich atrakcyjność dla Was zależeć będzie od kilku czynników. Rozsądnym jest obsługiwanie języka francuskiego zanim wejdzie się do Kanady &#8211; jeśli więc chcecie wchodzić na ten rynek, niech priorytetem będzie dla Was francuski.</p>
<p>Trzeba jednak pamiętać, że język francuski rozbity jest po kilku krajach, podczas gdy niemiecki skupia się głównie w jednym. Wejście na dany rynek to nie tylko język, ale często też trochę upierdliwych formalności, współpraca z lokalnymi partnerami i cała masa innych rzeczy, o które trzeba zadbać. Jeśli nie macie jeszcze na tyle zasobów, żeby stać Was było na takie rozdrabnianie, zacznijcie od niemieckiego &#8211; spośród 59 mln internautów z językiem niemieckim aż 50 mln mieszka w Niemczech, podczas gdy wśród takiej samej liczby francuskojęzycznych użytkowników zaledwie 33 mln mieszka we Francji.</p>
<p><strong>Nie tylko język</strong><br />
Ekspansja do nowych krajów to nie tylko język. Zazwyczaj napotkacie całą masę problemów przy wchodzeniu do kolejnych krajów. W Ciao uruchamialiśmy witryny w kilkudziesięciu krajach na czterech kontynentach, miałem więc okazję przyjrzeć się, jak to naprawdę wygląda. Kilka przykładowych problemów to:</p>
<ul>
<li>Wszelakie kwestie prawne. Jeśli jesteście po prostu witryną, z której ludzie korzystają, bez wchodzenia z Wami w żadne bliższe relacje, to nie ma problemu. Gorzej, gdy zapragniecie płacić swoim użytkownikom, na przykład dzieląc się z nimi zyskami wygenerowanymi przez tworzony przez nich content &#8211; wtedy szykujcie się na całę masę tzw. legal <s>fluff</s> stuff.</li>
<li>Dostosowanie oprogramowania do realiów danego kraju. To są detale &#8211; rzeczy, o których na początku nigdy się nie myśli, ale które wychodzą później. Drobiazgi w rodzaju na przykład niekompatybilności formatów numerów kont bankowych będą Wam spędzać sen z oczu. Zdziwilibyście się, jak wielka różnorodność jest w formatach numerów kont bankowych nawet w pozornie tak bardzo ustandaryzowanej Unii Europejskiej &#8211; Polska jest naprawdę bardzo chlubnym wyjątkiem, gdzie obowiązuje standardowy IBAN, ale w wielu krajach funkcjonują równolegle z nim również stare formaty &#8211; czasami wręcz po kilka w jednym kraju. Jeśli wypłacać będziecie pieniądze na rachunki bankowe (które wypada np. walidować), musicie całą tę różnorodność obsłużyć. To tylko przykład, takich detali może się znaleźć nieco więcej.</li>
</ul>
<p><strong>Jaka kolejność?</strong><br />
To oczywiście zależeć będzie od specyfiki Waszego biznesu, ale można przygotować pewną standardową listę, która będzie odpowiednia dla wielu biznesów, a pozostałym może posłużyć jako punkt wyjścia do przemyślenia i dokonania ewentualnych zmian. Zacznijmy jednak od&#8230; początku.</p>
<p><strong>Gdzie zacząć?</strong><br />
To tylko pozornie proste pytanie. Odpowiedzi na nie może być kilka, w zależności od przyjętej strategii &#8211; przy czym zdecydowana większość z nich będzie obejmować Stany Zjednoczone i/lub Wielką Brytanię.</p>
<ul>
<li><strong>Ostra jazda</strong> czyli równoległe wejście na dwa największe rynki anglojęzyczne: Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię. Prawdopodobnie o tym właśnie myślicie, więc zamiast przekonywać Was do tego, zwrócę uwagę na przyczyny, dla których moglibyście chcieć ograniczyć się na początku do jednego z tych krajów.</li>
<li><strong>Maksimum efektu, minimum nakładów</strong>. Jeśli dysponujecie bardzo ograniczonymi zasobami (a na początku zazwyczaj tak jest), być może będziecie chcieli się ograniczyć do jednego kraju, bo to oznacza mniej formalności, mniej różnorodności, brak konieczności współpracy z wieloma partnerami i wiele innych uproszczeń. Wtedy zaczniecie prawdopodobnie od większego z tych rynków, a Wielka Brytania będzie czekała na swoją kolej jako destynacja numer dwa.</li>
<li><strong>Do finalnej bitwy trzeba się dobrze przygotować</strong>. Uruchomienie najpierw w Wielkiej Brytanii być może nie jest tak bardzo atrakcyjne, ale pozwoli Wam na swojego rodzaju rozgrzewkę. UK to również spory rynek &#8211; i jeśli Wasz pomysł jest dobry, to ten rynek jest wystarczająco duży, żeby być w stanie na nim zarobić, a przy okazji popełnić na nim te wszystkie błędy, które nieuniknienie będziecie musieli popełnić tworząc od zera coś nowego. Gdy będziecie potem wchodzić na rynek amerykański, będziecie bogatsi o te wszystkie doświadczenia i będziecie mieli mniejsze szanse na popełnienie falstartu &#8211; który łatwiej będzie wybaczony na rynku brytyjskim, niż na dużo bardziej konkurencyjnym i wymagającym rynku amerykańskim.<br />
Nie róbcie tego jednak, jeśli tworzycie coś naprawdę innowacyjnego i nowego &#8211; na świecie są tysiące osób, które aż kipią od chęci zrobienia czegoś, ale brakuje im pomysłów. Zanim zdążycie wejść do US z Waszym produktem, powstanie tam już kilkadziesiąt klonów, z którymi będziecie musieli konkurować. Jeśli jednak eskploatujecie sprawdzony pomysł, ale chcecie go zrealizować w znacznie lepszy sposób, niż wszyscy, wówczas spokojnie możecie testować i dopracować wszystko uruchamiając w Wielkiej Brytanii.</li>
<li><strong>Wyścig z czasem</strong>. Jeśli działacie w obszarze, w którym wiecie lub czujecie, że ścigacie się z innymi przygotowującymi podobny produkt do Waszego, wtedy nie ma na co czekać. Najatrakcyjniejszy jest na pewno rynek największy. Nie ma wtedy sensu startować jednocześnie w dwóch krajach, bo podczas wyścigu nie ma co tracić czasu i dekoncentrować się. Idziecie prosto na wojnę i startujecie w US &#8211; na UK przyjdzie czas po otrzepaniu się z kurzu pierwszej, wygranej bitwy.</li>
</ul>
<p><strong>Co dalej?</strong><br />
Wspomniana, standardowa lista, mogłaby wyglądać następująco:</p>
<ol>
<li>Stany Zjednoczone i Wielka Brytania &#8211; jednocześnie lub jedno po drugim</li>
<li>Australia. Jeśli koszt formalności oraz poszukiwania i integracji z lokalnymi partnerami jest w Waszym biznesie niski, to również Nowa Zelandia i Irlandia. Jeśli nie chcecie czekać na język francuski, Kanada &#8211; pamiętajcie jednak, że wkurzycie tę ćwierć populacji, która posługuje się francuskim &#8211; ponoć są dość drażliwi w tym temacie.</li>
<li>Hiszpania i Meksyk</li>
<li>Niemcy lub Francja (patrz wyżej)</li>
<li>Kolejne kraje posługujące się językami, które już obsługujecie. Obserwujcie Waszych użytkowników &#8211; patrzcie, skąd się rejestrują. Jeśli na Waszej hiszpańskiej witrynie zauważycie sporą liczbę Argentyńczyków, uruchomcie wersję produktu specjalnie dla nich.
</ol>
<p><strong>Ale co z tą Azją?</strong><br />
Azję szczerze proponuję pominąć, bo to bardzo trudny rynek dla tych, którzy go nie rozumieją (czytaj: Europejczyków i Amerykanów). Ewentualnie zostawić na sam koniec &#8211; jeśli osiągniecie sukces we wszystkich krajach z powyższej listy i nie macie już gdzie zaspokajać swojej żądzy rozwoju, wtedy proszę bardzo &#8211; możecie próbować.</p>
<p>Dygresja: Muszę przyznać się Wam do tego, że Travels.to też ma chrapkę na ten rynek, przy czym bardziej na Japonię niż na Chiny. Mimo iż jest tam znacznie mniej użytkowników, to Japończycy dużo podróżują &#8211; znacznie więcej niż przeciętny Europejczyk, który znowu podróżuje znacznie więcej niż przeciętny Chińczyk. Dlatego myślimy o Japonii, ale to są myśli bardzo odległe &#8211; po języku angielskim, hiszpańskim, niemieckim i francuskim i wielu krajach związanych z tymi językami &#8211; ewentualnie na samym końcu. I na pewno nie będziemy robili tego sami &#8211; potrzeba tu będzie lokalnego partnera, który pomoże nam zrozumieć japońskich użytkowników.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/08/19/internet-na-swiecie-najwieksze-rynki-na-ktore-chcielibyscie-wejsc/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>14</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Uzależnienia szkodzą, ciąg dalszy &#8211; na przykładzie Realeditor</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/05/22/uzaleznienia-szkodza-ciag-dalszy-na-przykladzie-realeditor/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/05/22/uzaleznienia-szkodza-ciag-dalszy-na-przykladzie-realeditor/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 22 May 2007 04:23:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[MySpace]]></category>
		<category><![CDATA[przedsiębiorczość]]></category>
		<category><![CDATA[RealEditor.com]]></category>
		<category><![CDATA[serwisy społecznościowe]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/05/22/uzaleznienia-szkodza-ciag-dalszy-na-przykladzie-realeditor/</guid>
		<description><![CDATA[W zeszłym tygodniu pisałem o szkodliwości uzależniania własnego biznesu od pojedynczego czynnika, a w szczególności od innych, większych graczy na rynku. Podawałem przykład Photobucket i MySpace oraz całej masy aplikacji opartych na Google Maps.
Wczoraj TechCrunch a za nim AntyWeb opisały przypadek Realeditora. W skrócie:
Realeditor to produkt całkowicie opierający się na MySpace &#8211; gdyby nie było [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W zeszłym tygodniu pisałem o szkodliwości <a href="http://www.webstop.pl/2007/05/13/uzaleznienia-szkodza-zwlaszcza-malym-serwisom-na-przykladzie-widgetow-i-map/">uzależniania własnego biznesu</a> od pojedynczego czynnika, a w szczególności od innych, większych graczy na rynku. Podawałem przykład Photobucket i MySpace oraz całej masy aplikacji opartych na Google Maps.</p>
<p>Wczoraj <a href="http://www.techcrunch.com/2007/05/21/realeditor-says-myspace-ripped-us-off/">TechCrunch</a> a za nim <a href="http://www.antyweb.pl/myspace-pyta-tylko-raz/">AntyWeb</a> opisały przypadek Realeditora. W skrócie:</p>
<p>Realeditor to produkt całkowicie opierający się na MySpace &#8211; gdyby nie było MySpace, nie byłoby Realeditora, który jest po prostu dodatkiem do niego. Któregoś pięknego dnia MySpace złożyło Realeditorowi propozycję kupna ich produktu, choć nie była to jakaś zatrważająca oferta, bo przewidywała tak naprawdę jedynie zwrot kosztów stworzenia produktu. Można to potraktować jako prawie najwyższą formę wyrażenia uznania dla produktu. Wkrótce po odrzuceniu propozycji MySpace zbudowało własny produkt kopiując Realeditora &#8211; kopiowanie to jak wiemy najwyższa forma wyrażenia uznania dla produktu.<br />
Twórcy Realeditora pozostali z uznaniem wyrażonym w najbardziej sugestywny sposób oraz z produktem, który szybko straci pozycję numeru jeden wśród edytorów profili dla MySpace, a być może wręcz wraz z biegiem czasu całkiem upadnie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/05/22/uzaleznienia-szkodza-ciag-dalszy-na-przykladzie-realeditor/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Uzależnienia szkodzą, zwłaszcza małym serwisom &#8211; na przykładzie widgetów i map</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/05/13/uzaleznienia-szkodza-zwlaszcza-malym-serwisom-na-przykladzie-widgetow-i-map/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/05/13/uzaleznienia-szkodza-zwlaszcza-malym-serwisom-na-przykladzie-widgetow-i-map/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 12 May 2007 22:08:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[API]]></category>
		<category><![CDATA[Google Maps]]></category>
		<category><![CDATA[Live Search Maps]]></category>
		<category><![CDATA[mapy]]></category>
		<category><![CDATA[MySpace]]></category>
		<category><![CDATA[Photobucket]]></category>
		<category><![CDATA[przedsiębiorczość]]></category>
		<category><![CDATA[Yahoo Maps]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/05/13/uzaleznienia-szkodza-zwlaszcza-malym-serwisom-na-przykladzie-widgetow-i-map/</guid>
		<description><![CDATA[Uzależnianie swojego biznesu od pojedynczego czynnika, który jeśli nawali to nawali też cały biznes, nigdy nie jest zdrowe. Czasami nie ma innego wyjścia bo wynika to ze specyfiki danego biznesu, ale wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, należy takie sytuacje eliminować lub ograniczać ich możliwe skutki. Dwa najczęściej spotykane obszary uzależnień małych serwisów internetowych od [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Uzależnianie swojego biznesu od pojedynczego czynnika, który jeśli nawali to nawali też cały biznes, nigdy nie jest zdrowe. Czasami nie ma innego wyjścia bo wynika to ze specyfiki danego biznesu, ale wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, należy takie sytuacje eliminować lub ograniczać ich możliwe skutki. Dwa najczęściej spotykane obszary uzależnień małych serwisów internetowych od większych, to uzależnienie od źródła użytkowników i/lub ruchu oraz uzależnienie od zewnętrznych funkcjonalności. W dzisiejszym webie, który coraz bardziej opiera się na widgetach oraz różnego rodzaju API, ta kwestia nabiera coraz większego znaczenia.<span id="more-84"></span></p>
<p><strong>Zakręcanie kurka</strong><br />
Niedawny przykład MySpace vs. Photobucket bardzo dobrze pokazuje takie zależności. W sytuacji, gdy znaczący procent ruchu Photobucket generowany jest przez widgety umieszczone na MySpace, zablokowanie ich na stronach najpopularniejszego serwisu społecznościowego oznacza bardzo wymierne straty. MySpace zastosowało straszak &#8211; zablokowało jedynie widgety video, które jako stosunkowa nowość nie są znaczącą częścią popularności Photobucket, opierającym się głównie na widgetach ze zdjęciami. Było to więc dosyć nieszkodliwe, ale niosło wyraźne przesłanie: &#8220;widgety ze zdjęciami możemy zablokować równie łatwo, a wtedy będziecie mieli realny problem&#8221;.<br />
Gdy kilka dni później okazało się, że MySpace kupił Photobucket za $250M, jasnym było, że blokada widgetów była nieprzypadkowa.
<ul>
<li>Odstraszyła konkurentów, z którymi Photobucket równolegle negocjował, pokazując im, że wartość tej firmy w dużej mierze oparta jest na czymś tak mało przewidywalnym i mało pewnym jak kaprys MySpace.</li>
<li>Pozwoliła zaoszczędzić kilkadziesiąt milionów dolarów &#8211; Photobucket początkowo wyceniał się na $300M, po czym bardzo szybko po blokadzie widgetów sprzedał się za $50M mniej.</li>
</ul>
<p>Ta historia tak naprawdę zakończyła się happy endem, bo choć $50M piechotą nie chodzi to uzyskana cena wciąż jest sukcesem inwestorów i twórców Photobucketa, w którego stworzenie zainwestowano łącznie $15M &#8211; zatem inwestycja zwróciła się szesnastokrotnie w ciągu czterech lat od powstania firmy. Wiele innych historii jednak nie kończy się aż tak szczęśliwie.</p>
<p><strong>Zabieranie narzędzi</strong><br />
O ile uzależnienie swojej popularności nie rujnuje całego serwisu, bo nigdy nie jest tak, że 100% ruchu pochodzi z jednego źródła, to uzależnienie swoich głównych funkcjonalności od zewnętrznych usług jest o tyle groźniejsze, że w przypadku ich blokady praktycznie cały serwis może przestać działać. Na własnej skórze poczuli to twórcy serwisu Statsaholic, prezentujący oraz pozwalający porównać dane dotyczące popularności witryn pochodzące z serwisu Alexa. Historia blokowania Statsaholic przez Alexę jest długa i powinna być przestrogą dla wszystkich, którzy rdzeń swoich funkcjonalności opierają na funkcjonalnościach zewnętrznych.</p>
<p><strong>Jeśli mapy to&#8230; od Google</strong><br />
Tam gdzie można, należy unikać tego typu uzależnień jak ognia. Świetnym przykładem na takie silne uzależnienia, których skutki można jednak zminimalizować, jeśli odpowiednio wcześnie się o nich pomyśli, są wszelkiego rodzaju serwisy oparte o osadzane, zewnętrzne mapy. Każdy prawdopodobnie będzie w stanie wskazać wiele takich serwisów &#8211; w moich bookmarkach z racji szczególnego zainteresowania tematem znajduje się kilkadziesiąt, jeśli nie nawet ponad setka takowych. Niemalże wszystkie z nich korzystają z Google Maps, a z moich rozmów z programistami i projektantami serwisów wynika, że niemalże nikt nie myśli o ewentualności nagłej niedostępności Google Maps &#8211; na przykład poprzez indywidualne zablokowanie ich serwisu, ale powody tak naprawdę mogą być różne i nie są one w zasadzie istotne, istotny jest skutek.</p>
<p>Wszystkie te serwisy są bardzo mocno uzależnione od Google, które jest w stanie je zniszczyć w ciągu jednej sekundy, odcinając je od API. Na szczęście można się przed tym zabezpieczyć, problem w tym, że mało kto o tym myśli odpowiednio wcześnie.</p>
<p><strong>Istnieje też świat poza Google</strong><br />
<a href="http://maps.google.com">Google Maps</a> to nie jedyny serwis oferujący mapy wraz z API. Porównywalną funkcjonalność oferują choćby <a href="http://maps.yahoo.com">Yahoo Maps</a> czy <a href="http://maps.live.com">Live Search Maps</a> Microsoftu. Teoretycznie można więc przepiąć się z jednej mapy na inną i przywrócić zniszczoną funkcjonalność. W praktyce może to być bardzo łatwe albo bardzo trudne, w zależności od tego czy projektując serwis przewidzieliście taką możliwość.</p>
<p>Przepisanie dużego serwisu z Google Maps na Yahoo Maps może zająć wiele dni lub wręcz tygodni &#8211; jeśli zewnętrzna funkcjonalność wywoływana jest bezpośrednio w tych wszystkich miejscach, które jej używają &#8211; lub kilkanaście godzin, jeśli zastosowana była odpowiednia warstwa abstrakcji. Ta różnica w czasie przywrócenia działania podstawowych funkcjonalności serwisu może mieć krytyczne znaczenie dla funkcjonowania całego biznesu. Dlatego jeśli tworzycie serwis oparty na zewnętrznych funkcjonalnościach (dotyczy to wszystkiego, nie tylko map), twórzcie warstwy abstrakcji, dzięki którym zmiana dostawcy usług będzie możliwa w znacznie krótszym czasie.</p>
<p><strong>Czym jest warstwa abstrakcji</strong><br />
Dla osób nie będących programistami lub architektami oprogramowania postaram się krótko i w uproszczeniu wyjaśnić tę ideę. Zamiast wywoływać zewnętrzną funkcjonalność w każdym miejscu aplikacji, która jej potrzebuje, stwórzcie warstwę abstrakcji, która będzie integralną częścią Waszego serwisu i to do niej kierowane będą wszystkie wywołania z każdego miejsca w aplikacji, które potrzebuje danej funkcjonalności. Będzie ona czymś w rodzaju wewnętrznego API, z którego korzystać będziecie zamiast bezpośrednio z zewnętrznego API &#8211; i dopiero ona wywoływać będzie właściwe, zewnętrzne API poprzez moduł/klasę implementującą. Cała integracja z zewnętrznym API polegać będzie właśnie na tym module implementującym, który obrazowo ujmując tłumaczył będzie wywołania Waszej klasy abstrakcji na wywołania rozumiane przez zewnętrzne API. Przepięcie się na innego dostawcę usług polegać będzie jedynie na napisaniu nowego modułu tłumacza, a wszystkie setki lub tysiące miejsc w Waszej aplikacji korzystające z tej funkcjonalności pozostaną bez zmian, wywoływać będą bowiem bezpośrednio tylko Waszą klasę abstrakcji, której interfejs pozostał niezmieniony.</p>
<p>Taka architektura pozwala skrócić czas niezbędny do zmiany dostawcy z liczonego w dniach na liczony w godzinach. Jeszcze większa różnica będzie, jeśli stare i nowe zewnętrzne API nie udostępniają dokładnie takiej samej funkcjonalności i trzeba zastosować całkiem nowe rozwiązania, żeby za pomocą nowego API uzyskać taką samą funkcjonalność naszej witryny jak poprzednio &#8211; wówczas czas przystosowania do nowego API serwisu nie korzystającego z warstwy abstrakcji może być liczony nawet w tygodniach. Dlatego istotnym jest też, żeby metody udostępniane przez Waszą warstwę abstrakcji nie były odwzorowaniem jeden-do-jeden metod udostępnianych przez zewnętrzne API, a odzwierciedleniem funkcjonalności potrzebnych w Waszej aplikacji. To moduł implementujący zewnętrzne API, czyli moduł &#8220;tłumacza&#8221;, powinien zatroszczyć się o rozwiązanie Waszych potrzeb odpowiednio stosując zewnętrzne API. Przy takim podejściu zmiana dostawcy wymagała będzie najmniej pracy oraz czasu.</p>
<p>Ta banalna i dla wielu oczywista prawda jest jakże często zapominana przez projektantów i twórców serwisów i ja sam widziałem na to całe mnóstwo przykładów &#8211; szczególnie w przypadku API obsługiwanych z poziomu JavaScript (czyli na przykład mapy).</p>
<p><strong>Unikajcie uzależnień lub ograniczajcie ich skutki</strong><br />
Krótka lekcja do wyciągnięcia przez wszystkich twórców z doświadczeń Photobucket i Statsaholic oraz niniejszego artykułu jest taka: używajcie warstw abstrakcji wszędzie, gdzie polegacie na czymkolwiek pochodzącym z zewnątrz. Bardziej ogólnie: unikajcie uzależnień Waszego biznesu od niezależnych od Was firm, a tam, gdzie nie jest to możliwe, starajcie się ograniczyć jego skutki &#8211; na przykład przez wcześniejsze rozpoznanie możliwych alternatyw i takie zaprojektowanie Waszego biznesu, żeby ewentualna zmiana dostawcy kosztowała Was najmniej.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/05/13/uzaleznienia-szkodza-zwlaszcza-malym-serwisom-na-przykladzie-widgetow-i-map/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Przenoszenie poczty pomiędzy kontami GMail</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/04/26/przenoszenie-poczty-pomiedzy-kontami-gmail/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/04/26/przenoszenie-poczty-pomiedzy-kontami-gmail/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 25 Apr 2007 22:10:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[GMail]]></category>
		<category><![CDATA[Google]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/04/26/przenoszenie-poczty-pomiedzy-kontami-gmail/</guid>
		<description><![CDATA[Stosunkowo nową funkcjonalnością w GMail jest możliwość automatycznego odbierania poczty z zewnętrznych kont POP3 i agregowania całości w interfejsie GMaila. Ja za to wpadłem na pomysł, żeby dzięki tej funkcjonalności połączyć wreszcie swoją historię poczty w jedno.
Używałem konta w domenie gmail.com jakoś od 2005 roku wraz z forwardem na niego większości swoich adresów, ale pod [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Stosunkowo nową funkcjonalnością w GMail jest możliwość automatycznego odbierania poczty z zewnętrznych kont POP3 i agregowania całości w interfejsie GMaila. Ja za to wpadłem na pomysł, żeby dzięki tej funkcjonalności połączyć wreszcie swoją historię poczty w jedno.</p>
<p>Używałem konta w domenie gmail.com jakoś od 2005 roku wraz z forwardem na niego większości swoich adresów, ale pod koniec zeszłego roku postanowiłem wrócić do używania tylko jednego adresu, w mojej własnej domenie &#8211; i w ramach usług Google Aps For Your Domain uruchomiłem GMaila dla mojej prywatnej domeny. Niestety poczty z jednego konta GMail na drugie nie dało się przenieść, więc wciąż jeszcze regularnie loguję się na stare konto gdy potrzebuję wyszukać coś w starych wiadomościach. Dziś postanowiłem sprawdzić nową funkcjonalność GMaila i dzięki niej zebrać wreszcie historyczne maile w jednym miejscu &#8211; w tym, z którego aktualnie korzystam.<span id="more-73"></span></p>
<p>Na pierwszy ogień poszło pewne nie związane z GMailem konto IMAP. Wszystko poszło gładko i sprawnie i stare maile wylądowały tak jak powinny w mojej skrzynce odbiorczej z odpowiednimi datami, zabrałem się więc za import wiadomości ze starego GMaila. Uruchomiłem dostęp POP do całej poczty na starym koncie GMail i zabrałem się do konfigurowania pobierania POP na nowym. I tutaj niemiła niespodzianka: <em>&#8220;You can&#8217;t fetch mail from Gmail accounts&#8221;</em>. Dlaczego Google blokuje odbieranie maili z jednego konta GMail przez drugie, pozostaje się nam tylko domyślać. Być może chcą dzięki temu ograniczyć liczbę kont używanych jednocześnie przez jedną osobę albo chcą utrudnić zmienianie jednego adresu GMail na drugi. Jakiekolwiek są ich motywy, import wiadomości z jednego konta GMail na drugie jest zablokowany.</p>
<p>Chyba, że spróbuje się oszukać GMaila. Ja spróbowałem, więc podzielę się z Wami tym prostym trickiem &#8211; a nuż komuś się przyda. Po obejrzeniu tak niemiłego komunikatu wystarczy w polu serwera POP3 wybrać opcję <em>&#8220;Other&#8221;</em> i ręcznie wpisać adres IP serwera pop.gmail.com (<em>66.249.93.111</em>). Nie zapomnijcie też o zaznaczeniu połączenia przez SSL i zmiany portu na 995. Tak oszukany GMail posłusznie pobierze pocztę z innego konta GMail.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/04/26/przenoszenie-poczty-pomiedzy-kontami-gmail/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Infrastruktura w formie usługi</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/04/20/infrastruktura-w-formie-uslugi/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/04/20/infrastruktura-w-formie-uslugi/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Apr 2007 22:30:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[Amazon]]></category>
		<category><![CDATA[Amazon S3]]></category>
		<category><![CDATA[foto]]></category>
		<category><![CDATA[infrastruktura]]></category>
		<category><![CDATA[SmugMug]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/04/20/infrastruktura-w-formie-uslugi/</guid>
		<description><![CDATA[TechCrunch donosi, że Amazon S3 przekroczył liczbę pięciu miliardów składowanych obiektów. To imponująca liczba jak na usługę, która wystartowała raptem rok temu, a dla mnie to dobry pretekst, żeby napisać o S3 oraz EC2.
S3 to Simple Storage Service &#8211; usługa, która pozwala przy relatywnie niewielkich kosztach korzystać z wysoko wydajnej i niezawodnej infrastruktury jednej z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>TechCrunch donosi, że Amazon S3 przekroczył liczbę <a href="http://www.techcrunch.com/2007/04/17/amazon-s3-reaches-5-billion-stored-objects/">pięciu miliardów</a> składowanych obiektów. To imponująca liczba jak na usługę, która wystartowała raptem rok temu, a dla mnie to dobry pretekst, żeby napisać o S3 oraz EC2.</p>
<p>S3 to Simple Storage Service &#8211; usługa, która pozwala przy relatywnie niewielkich kosztach korzystać z wysoko wydajnej i niezawodnej infrastruktury jednej z najbardziej technologicznie zaawansowanych firm na świecie. Zamiast tworzyć własną infrastrukturę oraz procesy zapewniające jej niezawodność i bezpieczeństwo &#8211; co musi być czasochłonne i kosztowne &#8211; można skorzystać z usług Amazonu, zdając się na ich jakość.<span id="more-71"></span></p>
<p>Kolejną usługą, która powstała po S3, jest EC2 czyli Elastic Compute Cloud. Tak jak S3 pozwala korzystać z niezawodnej przestrzeni dyskowej, tak EC2 pozwala korzystać z mocy obliczeniowej. W jednej chwili możemy uruchomić setki lub wręcz tysiące serwerów &#8211; każdy odpowiadający Xeonowi 1.7 GHz z 1.75 GB RAM &#8211; i korzystać z ich mocy obliczeniowej tak długo, jak to jest potrzebne, a potem równie szybko te serwery zamknąć. Usługa jest niemalże nieskończenie skalowalna.</p>
<p>Obie usługi mają bardzo zachęcający model cenowy zaprojektowany według zasady płacisz tylko za to, z czego korzystasz. W S3 płaci się więc za zużyty transfer oraz zajmowaną powierzchnię dyskową, przy czym jednostka rozliczeniowa jest wręcz mikroskopijna &#8211; jeśli składujesz 1 GB przez miesiąc płacisz $0,15, ale jeśli składujesz 100 MB przez 10 dni, płacisz $0,0015. Podobnie w EC2 płacisz za czas używania maszyn (oraz za zużyty transfer). Godzina pracy maszyny kosztuje $0,10, co oznacza, że jeśli potrzebujesz tysiąca serwerów na pół godziny, zapłacisz raptem $50. Gdzie indziej na świecie uruchomisz w parę minut tysiąc serwerów i za pół godziny ich pracy zapłacisz tyle, co obiad dla dwojga w restauracji? Koszt pracy jednego serwera przez cały miesiąc to &#8211; jak łatwo policzyć &#8211; $72 (plus zużyty transfer). Ceny są zatem naprawdę atrakcyjne, biorąc pod uwagę niezawodność oraz bezpieczeństwo danych, jakie oferuje Amazon.</p>
<p>Tym rewolucyjnym usługom, które miały premierę w zeszłym roku, od dawna przyglądam się z zainteresowaniem, ale aż dziwi mnie ich niezauważanie w naszym kraju. Zwłaszcza, że na świecie firmy z powodzeniem ich używają i chwalą sobie oszczędności dzięki nim poczynione. Jednym z największych pasjonatów i ewangelizatorów S3 jest <a href="http://www.smugmug.com">SmugMug</a>, który już pięć miesięcy temu twierdził, że dzięki S3 <a href="http://blogs.smugmug.com/don/2006/11/10/amazon-s3-show-me-the-money/">zaoszczędził pół miliona dolarów</a>. To duży serwis, który pięć miesięcy temu miał ponad 110 tys. zdjęć, a biorąc pod uwagę ich tempo wzrostu w połowie tego roku powinni przekroczyć 200 tys. Wszystkie te zdjęcia są w bardzo wysokiej rozdzielczości, pozwalające na wydruk odbitek, w niektórych przypadkach całkiem sporego formatu. To wszystko brzmi jak dużo, bardzo dużo terabajtów danych. W 2007 roku Smugmug planuje zaoszczędzić dzięki S3 milion dolarów.</p>
<p>Smugmug to, swoją drogą, całkiem ciekawy serwis. Powstał i zyskał popularność na długo zanim wykluł się termin web 2.0, ale posiada praktycznie wszystkie cechy serwisów web 2.0. Nigdy w historii nie nazwał się serwisem web 2.0, ale jest większym sukcesem finansowym niż większość serwisów web 2.0. Ciekawym jest również fakt, że w całości powstał z własnych funduszy twórców. Kiełkował jako nieduży serwis i z biegiem czasu rozwijał się, aż do monstrualnych dzisiejszych rozmiarów (miliony dolarów zysku), ale z tego co mi wiadomo, nigdy nie był finansowany z zewnątrz.</p>
<p>Wracając do infrastruktury w formie usług od Amazon, również inne znane firmy korzystają z S3, choć może na nieco mniejszą skalę. Przykładem może być 37signals, którego Basecamp używa właśnie S3 jako miejsca przechowywania plików użytkowników. A czy w Polsce ktoś korzysta z S3 lub EC2? Mi nic nie wiadomo &#8211; a Wam? Słyszeliście o czymś? Rzecz jasna pytam o wykorzystanie do tworzenia biznesu, bo prywatnie nawet ja korzystam z S3 jako backupu. Moje hobby jakim jest fotografowanie produkuje grube gigabajty zdjęć, a jako że często są to zdjęcia z podróży w różne egzotyczne miejsca naszego globu, mają one dla mnie nieocenioną wartość jako wspomnienia świetnych przeżyć i ich utrata byłaby dla mnie niewysłowioną tragedią. Trzymam więc dwie kopie w domu, a trzecią w Amazonie. Będą bezpieczne dopóki kula ziemska istnieje a moja karta kredytowa daje się obciążać.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/04/20/infrastruktura-w-formie-uslugi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jak skutecznie wypromować startup w niestandardowy sposób</title>
		<link>http://www.webstop.pl/2007/03/23/jak-skutecznie-wypromowac-startup-w-niestandardowy-sposob/</link>
		<comments>http://www.webstop.pl/2007/03/23/jak-skutecznie-wypromowac-startup-w-niestandardowy-sposob/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 23 Mar 2007 14:28:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Bartek Raciborski</dc:creator>
				<category><![CDATA[know-how]]></category>
		<category><![CDATA[blogi]]></category>
		<category><![CDATA[mikroblogi]]></category>
		<category><![CDATA[MyBlogLog]]></category>
		<category><![CDATA[Twitter]]></category>
		<category><![CDATA[USA]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.webstop.pl/2007/03/23/jak-skutecznie-wypromowac-startup-w-niestandardowy-sposob/</guid>
		<description><![CDATA[ W ostatnich tygodniach, a nawet wręcz dniach, można zauważyć nagły wzrost popularności Twittera wśród wpływowych bloggerów. Titteruje już Stowe Boyd, Pete Cashmore, Michael Arrington i wielu innych. Co więcej, wszyscy oni pisali o tym na swoich blogach &#8211; w ciągu ostatnich kilku dni.
Przypomina mi to okres, w którym jeszcze przed kupieniem przez Yahoo myBlogLog [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src='http://www.webstop.pl/wp-content/uploads/2007/03/twitter.png' alt='Twitter' class="left" /> W ostatnich tygodniach, a nawet wręcz dniach, można zauważyć nagły wzrost popularności Twittera wśród wpływowych bloggerów. Titteruje już <a href="http://twitter.com/stoweboyd">Stowe Boyd</a>, <a href="http://twitter.com/mashable">Pete Cashmore</a>, <a href="http://twitter.com/TechCrunch">Michael Arrington</a> i wielu innych. Co więcej, wszyscy oni <a href="http://www.techcrunch.com/2007/03/22/twitter/">pisali</a> o <a href="http://mashable.com/2007/03/15/introducing-mashable-twitter-edition/">tym</a> na <a href="http://www.stoweboyd.com/message/2007/03/twitter.html">swoich</a> blogach &#8211; w ciągu ostatnich kilku dni.</p>
<p>Przypomina mi to okres, w którym jeszcze przed kupieniem przez Yahoo myBlogLog nagle pojawił się na wielu popularnych blogach (m.in. Techcrunch i Mashable). Ja rozumiem, że myBlogLog to ciekawa sprawa i sam go mam u siebie na blogu, ale pojawił się on wtedy niemalże jednocześnie na wielu wpływowych blogach i niemalże równocześnie potem zniknął. Wszystkie te blogi normalnie sprzedają reklamy, a dla startupu oferującego widget nie ma chyba lepszej reklamy niż po prostu osadzony na popularnym blogu widget &#8211; na pewno znacznie skuteczniej zdobył im nowych użytkowników niż zrobiłby to banner.<span id="more-40"></span></p>
<p>Daleki jestem od spiskowych teorii i osądzania czegokolwiek, po prostu ta zbieżność czasowa jest interesująca. O ile twitterowanie wymaga nieco więcej zaangażowania (nie tylko czasowego, ale wizerunkowego, co może psuć wiarygodność jeśli robione jest za pieniądze) więc tu prawdopodobieństwo jest znacznie mniejsze, to szanse na to, że niegdysiejsze pojawienie się myBlogLoga jednocześnie na wielu popularnych stronach i później niemalże równoczesne zniknięcie było płatną reklamą, oceniam na dosyć spore. Aktualny wysyp twitterowania wśród opiniotwórczych bloggerów nieco mi to przypomina, stąd przypomniały mi się moje przemyślenia odnośnie myBlogLog.</p>
<p>Jest z tego do wyciągnięcia lekcja dla startupów, które mają budżet na promocję. Skoro bloggerzy sprzedają na swoich stronach reklamy, to być może lepszym pomysłem od inwestowania w klasyczne reklamy w Google lub klasyczne bannery może być tego typu niestandardowa reklama na popularnych blogach. Wyświetlanie Waszej reklamy jest przez wszystkich traktowane jednoznacznie, ale jeśli wpływowi bloggerzy zaczną korzystać z Waszego produktu, na pewno będzie to postrzegane inaczej niż reklama &#8211; i skuteczniejsze.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.webstop.pl/2007/03/23/jak-skutecznie-wypromowac-startup-w-niestandardowy-sposob/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
